, piątek 23 luty 2024
Władysław Pasikowski – filmowy buntownik, który się pogubił
Kurier.  fot: Fot. Materiały prasowe. Kino Świat



Dodaj do Facebook

Władysław Pasikowski – filmowy buntownik, który się pogubił

ART. SPONSOROWANY
Władysław Pasikowski to jeden z najważniejszych polskich reżyserów ostatnich dekad. Zmienił polskie kino na zawsze, nakręcił filmy uznawane dziś za kultowe, ale potem się pogubił. I to dwa razy.

Nie każdy, nawet wybitny, reżyser może pochwalić się powołaniem do życia ikony, którą cytują i rozpoznają widzowie z kilku pokoleń. Bogusław Linda w skórzanej kurtce i z karabinem, rzucający przez zaciśnięte zęby czerstwe one-linery o zasadach, jest właśnie tym. Ikoną, która wrosła w polską popkulturę. „Psy” dopiero otwierały listę sukcesów Władysława Pasikowskiego. Andrzej Wajda, obejrzawszy film o ostatnim sprawiedliwym esbeku, zażartował o Pasikowskim: „...on coś wie o tej publiczności, czego ja nie tylko nie wiem, ale nawet nie chciałbym wiedzieć”. Kłopot w tym, że „ojciec” Maurera wiedzę tę w końcu utracił. Dwukrotnie.

Psy 3. W imię zasad. Materiały prasowe. Kino Świat

Pasikowski był skazany na film. Ojciec pracował jako bileter w kinie, a przyszły reżyser, zanim poszedł na łódzką filmówkę, studiował kulturoznawstwo ze specjalizacją filmoznawczą. Rzemiosła uczył się na planie serialu „Pogranicze w ogniu” pod okiem Andrzeja Konica. Potem Pasikowskiego namaścił sam Juliusz Machulski („Vabank”, „Kiler”) i młody reżyser z Łodzi wyprodukował filmy, które otworzyły mu drzwi do wielkiej kariery. 

„Kroll” (1991), pełnometrażowy debiut, podpowiadał, w jakim kierunku zmierzał młody twórca. Pasikowski tworzył kino z amerykańskim pazurem, o cynicznych twardzielach. Kino brutalne, nieuznające świętości, a już na pewno nie takich tradycyjnie polskich, jak mundur. Film robił wiwisekcję zjawiska fali i przemocy w wojsku. „Krolla” obejrzało 450 tysięcy widzów (a potem obraz odniósł sukces na VHS). Pasikowski dopiero się rozkręcał.

Druga autorska pozycja okazała się przebojem i sukcesem, którego Pasikowski nie przyćmił do dziś. „Psy” (1992) przejeżdżały się walcem po etosie Solidarności, po grzeczniejszej poetyce kryminałów i filmów sensacyjnych z PRL-u. Nie oszczędzały nikogo i niczego, nawet „Ballady o Janku Wiśniewskim”. Bulwersowały przemocą, językiem i seksizmem, a także gorzkim politycznym obrazem Polski po transformacji, kiedy struktury państwowe przeżerała niemoc i korupcja. 400 tysięcy ludzi doświadczyło tego wstrząsu w kinie, a nieprzebrane rzesze obejrzały potem telewizyjne powtórki oraz mniej lub bardziej legalne kopie na nośnikach. „Psy” pomogły wyłonić eskadrę aktorskich orłów, z którymi Pasikowski pracował przez następne lata (m.in. Olaf Lubaszenko, Marek Kondrat), a Bogusław Linda został namaszczony na etatowego twardziela polskiego kina. Obraz obsypano nagrodami, z czego aż pięć „Psy” przywiozły z Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

Oba filmy odczarowywały polskie kino, które lubowało się w patosie. Stworzono je po to, by masowo ściągać widza do kin i zarobić, a nie pouczać z każdej strony. Niemniej przebijało przez nie echo dawnego moralnego niepokoju, tylko podane w agresywnej i prześmiewczej formie. „Psy” dały widzom możliwość wykpienia symboli i pomników, których mieli już dość. 

Następne lata Pasikowski spędził, próbując przebić sukces swojego opus magnum. Ani „Psy 2”, ani „Słodko-gorzki”, „Demony wojny według Goi” czy „Operacja Samum” nie osiągnęły tego celu. Sprzedały się przyzwoicie, ale nie szokowały, nie porywały krytyków, nie w takim stopniu. 

Brutalizacja polskiego kina przez Pasikowskiego otworzyła drzwi takim twórcom jak Patryk Vega, który najpierw kręcił surowe, policyjne dramaty („Pitbull”, 2005), ale potem skręcił w rewiry ociężałych komedii („Ciacho”) i pseudodokumentalnej pornografii („Botoks”, kolejne „Pitbulle”). 

W 2001 roku nastąpiła katastrofa, która zastopowała karierę Pasikowskiego. Nazywała się „Reich”. Możliwe, że widzowie byli już zmęczeni konwencją, ale zgodnie z krytykami uznali najnowszy film za nieudaną autoparodię. Reżyser rozminął się z oczekiwaniami odbiorców.

Władysław Pasikowski pracował przy scenariuszu do głośnego „Katynia” (2007) Andrzeja Wajdy, a skrypt „Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć” (2012) zrealizował ostatecznie Patryk Vega. Reżyser „Psów” następny pełny metraż nakręci dopiero jedenaście lat po „Reichu”.

W międzyczasie znalazł schronienie w TVP i wraz ze scenarzystą Maciejem Maciejewskim powołał do życia serial „Glina” (2003). Pierwszy sezon perypetii komisarza Gajewskiego (znakomity Jerzy Radziwiłowicz) ściągał przed ekrany średnio 3,5 miliona widzów i był ogromnym sukcesem komercyjnym oraz krytycznym. Pasikowski musiał jednak nie dogadywać się z kierownictwem stacji, bo na drugą serię mrocznego kryminału musieliśmy czekać aż pięć lat, a gdy już wyszła – odcinki emitowano w mało konkurencyjnych porach. Jakość, mimo cięć budżetowych, została zachowana, ale oglądalność spadła niemal dwukrotnie (odbiorcy mieli lepsze rzeczy do robienia w piątek po godzinie 21). Trzeciego, zamykającego fabułę sezonu raczej nie zobaczymy.

Reżyser rzadko pojawiał się w mediach i niechętnie udzielał wywiadów. W jednej z rozmów przyznał, że przy pisaniu scenariuszy nie trzyma się kurczowo faktów, a jedynie luźno inspiruje się tym, co przeczyta w książkach czy gazetach, a co go poruszyło. Widzów przez lata dochodziły pogłoski o projektach, które Pasikowski chciał zrealizować, ale były albo zbyt kontrowersyjne, albo zbyt kosztowne jak na polskie warunki. 

 

Pitbull. Ostatni pies – zwiastun. Materiały prasowe. Kino świat

W 2012 roku Pasikowski wrócił z głośnym i kontrowersyjnym, ale sprawnym warsztatowo „Pokłosiem”, które pod płaszczem thrillera kryło komentarz na temat mordów w Jedwabnem. 200 tysięcy widzów obejrzało produkcję w kinie, a Pasikowski dostał zielone światło na realizację następnego projektu. Szpiegowski thriller „Jack Strong” (2014) znowu wbił kij w mrowisko. Jego bohater, pułkownik Kukliński, dla jednych był bohaterem, dla innych zdrajcą. Emocje i jakość zapewniły filmowi ponad milionową widownię. „Pitbull. Ostatni pies” (2018) nie pobił królujących wtedy w kinach filmów Patryka Vegi, ale również cieszył się ogromną popularnością i przypominał, że kino gatunkowe można robić lepiej niż pracujący taśmowo król box office’u, nawet jeśli ma się Dodę w obsadzie. Był to, niestety, ostatni pełny sukces Pasikowskiego.

Kurier. Fot. Materiały prasowe. Kino Świat

„Kurier” opowiadał o losach Jana Nowaka Jeziorańskiego bezbarwnie, a widzowie przyjęli film chłodno. To mógł być ten moment, kiedy Pasikowski zaczynał tracić ostrość widzenia, przynajmniej jako scenarzysta, bo jego filmy wyglądały i brzmiały coraz lepiej. Potem jednak nadeszła katastrofa.

„Psy 3. W imię zasad” miały być wielkim powrotem Franza Maurera i „Młodego” do kultowych ról. Reżyser i scenarzysta w jednej osobie odgrażał się, że to „manifest przybity do drzwi współczesności”. Widzowie czekali zaś na gęsty, gorzki dramat sensacyjny. Tymczasem dostaliśmy film, który w połowie czasu trwania rozpada się na kawałki, a poszczególne fragmenty fabuły – nawet jeśli wypadają efektownie dzięki grze Lindy i Cezarego Pazury – nie tworzyły logicznej całości. Nie pomógł ani Marcin Dorociński, ani nawiązanie do śmierci Igora Stachowiaka.

Scenariusz wyglądał tak, jakby Władysław Pasikowski przestał rozumieć rzeczywistość, o której robi film i się na nią obraził. Nie przemówiło to nawet do starszych pokoleń odbiorców. Film psim swędem obejrzało ponad milion widzów, ale komentujący, nie tylko krytycy, nie zostawili na trzecich „Psach” suchej nitki, 

Zarówno „Psy 3”, jak i „Kurier” pokazują, gdzie leży słabość warsztatowa Pasikowskiego, przynajmniej od niedawna: w autorskich scenariuszach, które nie pokazują ani tak ciekawych bohaterów jak kiedyś, ani nie potrafią powiedzieć czegoś nowego o świecie. Możliwe, że rozwiązaniem jest współpraca ze zdolnym pisarzem, np. z Maciejewskim, którego skrypt do „Gliny” wykorzystywał silne strony talentu Pasikowskiego, a eliminował słabości (papierowe bohaterki i jednostajny komentarz społeczny – Maciejewski pisał w bardziej zniuansowany sposób).

Nie wiadomo, co Pasikowski nakręci jako następne. „Psy 4” odpadają, powstałyby tylko wtedy, gdyby „W imię zasad” ściągnęło do kin dwa miliony widzów, a tak się nie stało. Widzowie mają jednak prawo wierzyć, że niepokorny reżyser jeszcze dostarczy mięsiste kino gatunkowe. O ile Pasikowski okaże pokorę względem tego, co pisze. A Franza Maurera i stare sentymenty powinien zostawić tam, gdzie ich miejsce – w latach 90. XX wieku. W imię tych kochanych zasad.

Zadanie „ODKRYJ MAGIĘ KINA” jest współfinansowane ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Interesujesz się kinem, szczególnie polskimi produkcjami? Zobacz więcej na www.magiakina.com

Komentarze: (0)    Zobacz opinię czytelników (0)    Dodaj opinie
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy pozostawionych przez internautów. Komentarz dodany przez zarejestrowanego użytkownika pojawi się na stronie natychmiast po dodaniu. Anonimowy komentarz zostanie opublikowany z opóźnieniem, po jego akceptacji przez redakcję. Komentarze niezgodne z regulaminem będą usuwane.

Dodaj komentarz

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.

Więcej informacji na temat formatowania

Image CAPTCHA
Wpisz znaki widoczne na obrazku.
reklama
reklama