, niedziela 3 lipca 2022
Mężczyźni przebierają się za kobiety
Jakub Tomoszek (Jack) oraz Janusz Kaczmarski (Leo), udający w kostiumach ze sztuk szekspirowskich Stephanie i Maxine. fot. Katerina Czerna 



Dodaj do Facebook

Mężczyźni przebierają się za kobiety

HALINA SIKORA/„Głos Ludu
Najnowsza premiera w Scenie Polskiej, sztuka Pół żartem, pół sercem Kena Ludwiga zbudowana jest na zasadzie przebieranki damsko-męskiej. I już sam fakt, że mężczyźni przebierają się za kobiety, zapowiada niezłą zabawę.
Aktorzy Sceny Polskiej wykorzystali tę sytuację do końca. Jakub Tomoszek (Jack) oraz Janusz Kaczmarski (Leo), udający w kostiumach ze sztuk szekspirowskich Stephanie i Maxine, co chwila powodowali u widzów wybuchy śmiechu. Na nich w zasadzie spoczęła rola utrzymania widza w pełnej gotowości do przyjmowania kolejnych gagów. I trzeba przyznać, że swoją rolę wypełnili wręcz mistrzowsko, bawiąc wszystkich przez prawie dwie godziny. Świetnie wtóruje im Anna Konieczna jako Audrey. Trochę jednak nie do końca można zrozumieć relacje pomiędzy Jackiem, Leo i Audrey. W łódzkim teatrze, w którym odbyła się prapremiera sztuki, Jack i Leo spotykają Audrey przez przypadek w pociągu. Na scenie cieszyńskiej wszystko wskazuje na to, że trójka zna się już od dłuższego czasu i w tym wypadku związki tych osób zdają się być znacznie zagmatwane.

To historia dwóch aktorów, którzy po kilkunastu latach stracili pracę w szekspirowskim teatrze i klepią biedę. Chałturzą na prowincji. Na widowni emeryci drzemią, a młodzież... aż strach pomyśleć. Jednak pewnego dnia uśmiecha się do nich szczęście. Dowiadują się z ogłoszenia w lokalnej gazecie, że pewna bardzo bogata, a stojąca tuż nad grobem staruszka szuka dwóch swoich siostrzenic, których nigdy nie widziała, a którym pragnie zapisać cały majątek. Nasi bohaterowie mają szansę zagrać role swojego życia. Pozostaje tylko mały szkopuł - muszą przebrać się za kobiety... Dalej jest równie śmiesznie, jak w klasycznej komedii pół żartem, pół serio.

Nie można na scenie nie zauważyć Dariusza Waraksy, idealnie pasującego do postaci nieśmiałego i niezbyt rozgarniętego Bobba. To jedna z najlepszych ról, w jakich ostatnio go widziałam. Razem ze swoim ojcem (Paweł Niedoba) udanie zagrali męską część domu Florence (Pawełka Niedoba). Bardzo dobrze zaprezentowała się w roli Meg Barbara Szotek-Stonawski. Szkoda, że ostatnio tak rzadko można oglądać ją na scenie. Całość dopełniała postać pastora Duncana (świetny Ryszard Pochroń).

Trzeba przyznać, że reżyser Karol Suszka dał swoim aktorom szansę zaprezentowania się publiczności z jak najlepszej strony. Umożliwił im stworzenie wspaniałej zabawy teatralnej i wierzę, że dzięki temu spektaklowi większość z nich wiele zyskała w oczach zaolziańskiego widza. Wspomogła ich również muzyka Andrzeja Macoszka. A trzeba zanotować, że dzięki Iwonie Bajger pojawia się na scenie żywa, prawdziwie teatralna muzyka. To ona zresztą świadczy o tym, że ostatnie sceny są udane. Bez niej najprawdopodobniej byłyby już zbędnym naciąganiem spektaklu. Jeżeli do tego wszystkiego dodamy kostiumy i scenografię Jerzego Gorazdowskiego, w efekcie wyjdzie nam wspaniała zabawa, na którą warto się wybrać.
Komentarze: (4)    Zobacz opinię czytelników (0)    Dodaj opinie
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy pozostawionych przez internautów. Komentarz dodany przez zarejestrowanego użytkownika pojawi się na stronie natychmiast po dodaniu. Anonimowy komentarz zostanie opublikowany z opóźnieniem, po jego akceptacji przez redakcję. Komentarze niezgodne z regulaminem będą usuwane.

płuciodewiacja, Józek z bagien kłania się ...?

Idzie wiosna, a kobiet co roku jakby mniej. Ech.

wiele pięknych kobiet wyjechało na Wyspy...
dzięki kaczorom i donaldom z bagien...!

machina czasu
Miasto nikczemnie zbudowane - Cieszyn Artur Pałyga | 11.02.2008 (307)

Zobacz więcej >>
Droga z Bielska do Cieszyna i dalej, do Ostrawy już przed laty miała złą sławę. "Na wyjeździe do Cieszyna przebywa się most drewniany na niewielkiej rzece Olzie. Most znajduje się w opłakanym stanie, podobnie okolica i samo miasto" - pisał w 1768 roku Michał Jerzy Mniszech, późniejszy marszałek wielki koronny, który wracał tędy z Wiednia do Warszawy.

Jechał karetą przez Brno, Opawę, Ostrawę, Cieszyn, Skoczów, Grodziec, Jaworze i Bielsko, o wszystkich mijanych miejscowościach zostawiając niepochlebne wpisy w swoim dzienniku. Cały ten teren przyszły marszałek uznał za potwornie zaniedbany i fatalnie urządzony. Drogi - pisał - fatalne. Do tego deszcz ciągle padał i glina, którą drogę utwardzano, rozmiękła. Karoca więc regularnie grzęzła i co jakiś czas trzeba ją było wyciągać, korzystając z pomocy okolicznych chłopów. Podróż wlokła się więc niemiłosiernie i Mniszech miał aż nadto czasu, aby przyjrzeć się okolicy.
"Cała ta kraina jest źle urządzona i w nieładzie. Droga wszędy okropna, a mosty niebezpieczne - pisał. - Najprzykrzejsze są drewniane kładki na drogach dla przeprawy przez błota i bajora. Te okrągłe bale wywołują mocne wstrząsy."
Teren ów Mniszech uznał za mocno podmokły, pełen strumieni, ale i cuchnących bajor. Wioski - pisał - ubogie. Po kilka chat wszędzie. I mosty tak liche, że strach przejechać. Aż dziw, że księstwo owo przynosi 40 000 talarów rocznego dochodu, co Mniszech skrupulatnie odnotował. Spodobał mu się cieszyński zamek, o którym napisał, że "dość starożytny".
Dziewięć lat później w drugą stronę tą samą trasą jechał Franciszek Ksawery Bohusz, który przez Śląsk, Czechy i Austrię udawał się do Francji z wizytą do Jana Jakuba Rousseau. Bohusz miał to nieszczęście, że się na nocleg zatrzymał w Cieszynie.
"Miasto nikczemnie zbudowane - pisze Bohusz o Cieszynie. - Najwięcej domów drewnianych, ulice wąskie i błotniste."
Dwie karety się w Cieszynie wyminąć nie dadzą rady - stwierdza. - Z powodu wąskości ulic. Całe szczęście, że nikt z mieszkańców Cieszyna karety nie posiada - zauważa sarkastycznie. - Wszyscy tu chodzą piechotą - pisze.
A więc znów złe drogi, błoto i ubóstwo - takie tylko wrażenia.
W 1790 r. jedzie tędy do Wiednia Stanisław Staszic.
"Droga z Bielska do Cieszyna nie skończona, zła i górzysta" - notuje. Zauważył, że choć przejeżdżał tędy 29 kwietnia, w górach wciąż jeszcze zalegał był śnieg. Okolica - pisał Staszic - uboga. Dachy po wsiach kryte słomą. Dzieci idą do szkół mają daleko i niosą ze sobą kawałek chleba, sera albo owoc, który ma im starczyć za obiad.
Ubóstwo tej krainy opisywał w 1813 r. Kazimierz Brodziński, który z Krakowa przejeżdżał przez Bielsko i Cieszyn do Lipska.
"Życie nasze w tym kraju nie będzie, widzę, najwytworniejsze" - pisał, gdy zatrzymali się na kwaterze w Bobrku pod Cieszynem. Pisał, że jedzenie nieznane mu i nienajlepsze, a wino drogie i kiepskawe.
Następne kilkanaście lat to najwidoczniej, po gwałtownych pożarach drewnianych domów, zmiany na lepsze, przynajmniej w samym Cieszynie, skoro Jan Wincenty Mazurkiewicz, gdy po upadku powstania listopadowego przez Cieszyn bieżał do Francji, spostrzegł był "miasto wielkie, piękne, ludne i dobrze zbudowane. Ulice szerokie, czyste. Sześć kościołów, rynek, z podcieniami naokoło od ochrony od deszczu, dziwnie piękny i regularny. W Cieszynie w kilku porządnych hotelach dobrze nas ulokowano, a chociaż drogo zapłaciliśmy, mieliśmy jednak wygodę."
Jakiejż zmianie ogromnej uległy wrażenia podróżników - wykrzyknąć by można, gdy czyta się opis podróży dokonanej przez Ludwika Pietrusińskiego jego własnego autorstwa, który się w 1842 roku w Cieszynie w oberży "Pod Królem Polskim" zatrzymał.
"Miasteczko nader miłe i schludne, po większej części protestanckie" - napisał o samym Cieszynie, a o okolicy miasta pisał, że przypomina Szwajcarię! "Żałowałem, żem zwiedzić nie mógł" - ubolewa.
Zadziwia go sposób, w jaki ubierają się tutejsze dziewczyny, które obserwował, jak na cieszyński rynek przyszły zaczerpnąć wody.
"Proszę sobie wyobrazić stan na samych plecach - dziwi się Pietrusiński. - Niżej, aż po kolana ogromna, niezmiernie fałdzista spódnica, a pończochy jasno czerwone, dwa łokcie długie, lecz tak zmarszczone, iż ledwie sięgają wyżej kolan."
"Postać ich podobną jest do snopka z osadzoną głową na wierzchu" - pisał o cieszyńskich kobietach profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, Ludwik Zejszner w 1849 roku, martwiąc się, iż cieszynianki zakrywają cały wdzięk kibici.
Cieszyn to, jak pisze Zejszner, stolica Górnego Śląska otoczona amfiteatralnie grzbietami Śląskiego Beskidu. W okolicy profesor dostrzega porządek świadczący o dobrym bycie mieszkańców i wyższej rolnictwa znajomości.
Taka to zmiana zaszła w ciągu niespełna stu lat.
Korzystałem z artykułu Marii Kocych-Imielskiej pt. "Cieszyn z okien dyliżansu" zamieszczonym przed laty w "Kalendarzu Cieszyńskim".

Dodaj komentarz

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.

Więcej informacji na temat formatowania

Image CAPTCHA
Wpisz znaki widoczne na obrazku.
reklama
reklama