, czwartek 18 kwietnia 2019
Łucja Dusek: Tytuł nie trafił do mnie przypadkowo
Góralka z Jaworzynki wspierana jest przez męża. fot: Archiwum prywatne Łucji Dusek



Dodaj do Facebook

Łucja Dusek: Tytuł nie trafił do mnie przypadkowo

KATARZYNA KOCZWARA
Łucja Dusek: Tytuł nie trafił do mnie przypadkowo

Łucja Dusek wygrała wyjazd do Teksasu. fot. Adrian Francuz


Łucja Dusek: Tytuł nie trafił do mnie przypadkowo

Góralka działa w Macierzy Ziemi Cieszyńskiej. fot. Archiwum prywatne Łucji Dusek


Łucja Dusek: Tytuł nie trafił do mnie przypadkowo

W wyszyciu sztandaru pomagał także mąż góralki. fot. Archiwum prywatne Łucji Dusek

27-latka z Jaworzynki otrzymała tytuł "Ślązaka nad Ślązakami 2011", w finale konkursu gwarowego "Po naszymu czyli po śląsku". W specjalnej rozmowie z portalem gazetacodzienna.pl Łucja Dusek opowiada, jak w 2009 roku, kiedy została Wiceślązaczką Roku profesor Simonides jej nie rozumiała. Zdradza, czy ten stan rzeczy uległ zmianie. Wyjaśnia skąd jej przywiązania do tradycji i w kim na największe oparcie.

Opowiedz o pierwszych wrażeniach z gali? Emocje już opadły?

Emocje dziś biorą górę. W sobotę spotkali się laureaci z 9 poprzednich lat. Poprzeczka była wysoko postawiona. Występowałam pod koniec, słuchałam wszystkich monologów moich poprzedników. Stawiałam zupełnie na inne osoby. Jak się okazało, że dostałam się do finału, to nie mogłam w to uwierzyć. Mąż mnie wypchnął na scenę. O tym, kto dostał się do finału, dowiedzieliśmy się w niedzielę na gali finałowej.

Bardziej się stresuję przed, potem scena już jest moja. Troszkę pozmieniałam tekst, wcześniej sama go układałam. Potem powiedziałam kilka rzeczy, których nie miałam w planie. Zawsze mam inwencję twórczą dopiero na scenie.

O czym był tekst?
"Co mnie smuci, co mnie cieszy" - opowieść o tym, jakie to teraz czasu nastały. O młodzieży, ale żartobliwie. O tym jak teraz śpią do późna, a my kiedyś wstawaliśmy wcześnie, jak się kiedyś daleko chodziło do szkoły. To był tekst o swoich przeżyciach. Chciałaby, by to było coś mojego, coś od serca, a nie wyuczone opowieści, podpatrzone od innych.

Duża była konkurencja?
W sumie 21 osób - laureaci z 9 lat, do finału dostały się 4 osoby.

Dzielisz tytuł z Elżbierą Koj.
Tak, po raz pierwszy jest taka sytuacja. Bardzo się z tego cieszę. W 2009 r., kiedy zajęłam trzecie miejsce, profesor Simonides powiedziała, że mnie nie rozumie. Dominowała gwara typowo śląska. Byłam dla nich swoistą egzotyką. Od tego czasu ludzie zobaczyli, że Śląsk nie kończy się na Jastrzębiu Zdroju. Powiedziałam wówczas, że mam taką skrytą misję, by więcej ludzi od nas wzięło udział w konkursie. W zeszłym roku w finale był Janko Macoszek i Teresa Przybyła.

Wiceślązaczką wybrali mnie chyba tylko dlatego, żeby pokazać na scenie coś innego. Teraz podczas półfinału, zapytałam panią profesor, czy już mnie rozumiałam, powiedziała, że tak. Kiedy dostałam się do finału, gratulując mi wiele osób przyznało, że fajnie, że pokazałam, że Śląsk jest długi i szeroki, że Trójwieś i Zaolzie to też Śląsk. Mimo że jesteśmy górale, to i Ślązacy. Z tego mam największą satysfakcję. Pani Koj jest spod Opola. Ja z Jaworzynki. Czyli wygrały osoby nie z centralnego Śląska - Katowic, Rybnika.

Ten tytuł zobowiązuje.
Powiedziałam im, że ja to mam w sercu. Zależy mi, żeby ludzie zobaczyli jak duży i różnorodny jest Śląsk. Dla mnie gwara bez stroju nie ma sensu. Pierwszy raz na konkurs w 2009 roku pojechałam dzięki Jadwidze Swakoń, która mnie zachęciła do udziału. Obecnie działam w Macierzy Ziemi Cieszyńskiej w Kole Nr6 i tam się realizuję.

Jako finalista polecisz do Stanów Zjednoczonych.

Nie przypadkowo jest ten Teksas. Wygraliśmy wyjazd do wioski rdzennych Ślązaków, którzy wyemigrowali tam 150 lat temu. Śląski język wciąż tam funkcjonuje. Fajnie, że pojadą tam wszyscy finaliści. Zabiorę ze sobą męża. On zawsze mnie wspiera w moich działaniach.

Zawsze byłaś związana z gwarą i tradycją?
Tak, występowałam w zespole "Istebna" potem "Koniaków", współpracuję z kapelą "Wałasi". Nie przywiązuje się do konkretnego zespołu. Kto potrzebuje pomocy, wsparcia, to w miarę możliwości pomagam. Z wykształcenia jestem etnografem, od początku mi się to podobało.

Wyniosłaś to z domu?
Chyba mam to tacie, który pochodził z Żywca. Oni tam też muzykowali. Choć miałam 5 lat jak tata zmarł, coś z jego pasji przeszło na mnie. Jestem pomieszaniem góralki śląskiej z żywiecką, taka mieszanka wybuchowa. W podstawówce trafiłam pod skrzydła pani Śliwki z Zapasiek, która zachęciła mnie do poszerzania wiedzy o regionie, do udziału w konkursach wokalnych. Zajmuję się także haftem krzyżykowym. Wyszyliśmy sztandar dla Oddziału Górali Śląskich Związku Podhalan. Normalnie to się robi w 3 lata, ja zrobiłam w pół roku. Przy okazji mąż się nauczył haftować.

Adrian Francuz: W sumie 380 tys. krzyżyków. W trzy osoby to robiliśmy.

Łucja: W czym się dobrze czuję to, to robię. Wyszywanie to moja pasja, przede wszystkim jednak szycie strojów regionalnych. Z tym wiążę przyszłość.

Widzisz wśród młodych zapał do kultywowania tradycji?
Jeszcze kilka lat temu zdawało się, że nie. Poszłam do zespołu "Istebna" w tym samym czasie co Tadek Papierzyński. Od kiedy on jest kierownikiem, co roku dużo młodych osób angażuję się w zespół. Bardzo się z tego cieszę. Może uda mi się działać w Ognisku Pracy Pozaszkolnej, żeby uczyć dzieci, pokazać im haft, koronki, śpiew. Trochę mnie martwi, że w szkołach zamiast kółek z tradycyjnymi zajęciami jak haft, czy z regionalną muzyką, są zajęcia z tańca współczesnego. Chcę pokazać bogactwo naszej tradycji, troszkę też potwierdzić, że ten tytuł nie trafił do mnie przypadkowo. Zależy mi na kontaktach ze Ślązakami, nie zamknę się teraz w domu, nie będę stronić od ludzi.

Jak podchodzisz do ostatniej debaty na temat śląskości?
Byłam na konferencji na temat gwary, także śląskiej, w Senacie. Mówiłam wtedy, że dla mnie to jest nieporozumienie, żeby robić jeden język. Forsowano wtedy pogląd, że śląski to jest język, nie gwara. To jest nieporozumienie. Trzeba by zrobić trzy języki z wpływami z czeskiego, słowackiego i niemieckiego. To jest piękne, że jest zróżnicowanie gwarowe i terytorialne. Że jeden od drugiego może się uczyć, z ciekawością się popatrzeć i posłuchać. A nie, że wszyscy są na jedno kopyto.

Nie odcinam się od śląskości. Działam w Macierzy Ziemi Cieszyńskiej. Spełniam się tam i jestem doceniana. Jestem otwarta na kontakty z innymi. Mam nadzieję, że uda mi się tu ściągnąć jeszcze więcej turystów ze Śląska. Przyznam szczerze, że kiedyś mi się ta ich "godka" nie podobała, nie rozumiałam ich. Ale jak się z tymi osobami więcej czasu spędzi, dzieli zainteresowania, to jest o czym porozmawiać, nawet o tych familokach.

Komentarze: (0)    Zobacz opinię czytelników (0)    Dodaj opinie
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy pozostawionych przez internautów. Komentarz dodany przez zarejestrowanego użytkownika pojawi się na stronie natychmiast po dodaniu. Anonimowy komentarz zostanie opublikowany z opóźnieniem, po jego akceptacji przez redakcję. Komentarze niezgodne z regulaminem będą usuwane.

Dodaj komentarz

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.

Więcej informacji na temat formatowania

Image CAPTCHA
Wpisz znaki widoczne na obrazku.
reklama
reklama