, środa 21 sierpnia 2019
Wojciech Wawszczyk: Jestem stela! (wywiad)
Wojciech Wawszczyk przyjechał do Cieszyna na specjalne zaproszenie Wojciecha Majewskiego. - Od razu się zgodziłem - mówił. fot. Barbara Śliż 



Dodaj do Facebook

Wojciech Wawszczyk: Jestem stela! (wywiad)

BARBARA ŚLIŻ
Wojciech Wawszczyk: Jestem stela! (wywiad)

"Jeż Jerzy" znalazł się na festiwalu w Karlowych Warach wśród dziewiątki najciekawszych filmów. fot. www.monolith.pl

Jego filmy były nagradzane podczas największych światowych festiwali. Jako animator pracował przy \"Ja, Robot\" i \"Aeon Flux\". Animował jedną z najpopularniejszych polskich reklam. Do jego największych osiągnięć wpisuje się \"Jeż Jerzy\". Wojtek Wawszczyk, bo o nim mowa, gościł w Cieszynie podczas festiwalu \"Kręgi Sztuki\", na którym prowadził zajęcia z filmu animowanego.
Zaproszenie na warsztaty do Cieszyna nie było przypadkowe. To tutaj się urodziłeś, prawda?
Tak, urodziłem się w Cieszynie, bo w Skoczowie, gdzie spędziłem dzieciństwo, gdzie mieszkała moja babcia, mama i dwie ciocie nie było szpitala, w którym mógłbym przyjść na świat. Jestem stela (śmiech). Przyjechałem na zaproszenie Wojtka Majewskiego, od razu się zgodziłem, cieszę się, że mogłem tutaj prowadzić warsztaty.

Miło było wrócić w rodzinne strony?
Cieszyn uwielbiam, szczerze mówiąc nigdzie indziej nie czuję się tak dobrze jak na tych terenach. Warszawę traktuję w pewnym sensie jako miejsce pracy, miejsce, w którym mogę się rozwijać. Tutaj przyjeżdżam i odpoczywam, jak tylko mogę to jestem. Niestety teraz z powodu nadmiaru pracy coraz rzadziej. Jednak ostatnio razem z moją już żoną postanowiliśmy się pobrać w bielskim kościele. Cały czas powracam do korzeni, bardzo ciepło wspominam te tereny, ludzi, którzy tu mieszkają.

Podstawówkę kończyłeś już gdzie indziej?
Moje dzieciństwo przypadło na szalony okres gierkowski. Tata dostał pracę w hucie Katowice, przeprowadziliśmy się do Sosnowca, bardzo ponurego miasta. Tam kończyłem podstawówkę i liceum, to tam zacząłem rysować. Potem coraz bardziej ciągnęło mnie na północ, do łódzkiej filmówki skąd wywiało mnie na zachód, bo miałem możliwość przez prawie pól roku studiowania na stypendium zagranicznym w Ludwigsburgu. Po filmówce starałem się znaleźć pracę w zawodzie, ale było to prawie niewykonalne, więc zastanawiałem się czy nawet z tego nie zrezygnować, czy nie wybrałem źle.

Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z animacją?
Z kolegami z Sosnowca założyliśmy zespół "Rolnik stąd", przez weekend nagrywaliśmy różne audycje i piosenki, w których zmienialiśmy głosy. Każdy z nas miał po kilkanaście postaci do odtworzenia, te próby były dosyć niskich lotów, ale dawało nam to dużo radości. Od zawsze też rysowałem komiksy, bardzo dużo ich było. Te rzeczy dostrzegła moja nauczycielka plastyki z liceum - Ewa Olesiak. Kiedy kończyłem szkołę to właśnie ona zaproponowała mi, bym dalej rozwijał się w tym kierunku. Właściwie za pięć dwunasta dowiedziałem się o łódzkiej filmówce. Dopiero po pół roku załapałem, że to jest to, co chcę robić. Z początku nie byłem zbytnio zachwycony tą decyzją, ale wszystko wskazuje na to, że dobrze zrobiłem.

Spaliłeś moje pytanie. Chciałam zapytać skąd u młodego człowieka ze Skoczowa, z miasta, które nie ma żadnych tradycji filmowych pasja do animacji?
Ja jestem tylko ofiarą szczęśliwego przypadku. Moim planem nigdy nie była filmówka. Jednak kiedy cokolwiek tworzyłem byłem w to w pełni zaangażowany, dlatego przyniosło to takie efekty. Dla mnie rysunek był pasją. Podejrzewam, że gdybym dzisiaj miał sklep z owocami to nadal przychodziłbym z niego do domu i rysowałbym wieczorami. Jak dobrze wiesz, ludzie z tych stron są niezwykle pracowici i ta cecha chyba we mnie siedzi, zawsze, kiedy miałem tylko jakąś szansę na zrobienie czegokolwiek, co podobało mi się chociaż trochę to całego siebie w to wkładałem, ale też miałem ambicje, by być w tym najlepszym, dodatkowo się starać.

Dzięki ciężkiej pracy twoja kariera potoczyła się tak, a nie inaczej.
Początki wcale nie były łatwe. Kiedy z kolegami podjęliśmy szaloną decyzję o wyjeździe do Warszawy i postawieniu wszystkiego na jedną kartę wydawało się nam, że tam od razu zawojujemy rynek. W końcu w stolicy skoncentrowane jest 100% wszystkich mediów i wszystko, co można zrobić w moim zawodzie jest właśnie w Warszawie.

I nagle przyszedł czas na Amerykę? Tak po prostu?
W szkole zrobiłem kilka filmów. Studenckie "Headless" i "Mysz" zdobyły kilka ważnych nagród. Zupełnie hobbystycznie powstał "Pingwin". Jak miałem trochę więcej pieniędzy to nagrywałem te filmy na kasety VHS. Zadziwiające jest to, że to było tylko kilka lat temu, a technologia poszła tak bardzo do przodu, prawie nikt nie pamięta dziś o VHS. Za zaoszczędzone pieniądze wysyłałem kopie na różne festiwale filmowe. Tak się szczęśliwie złożyło, że ta trójka rok po roku była pokazywana na bardzo ważnym festiwalu w USA. Podczas festiwalu Siggraph spośród 3000 różnych filmów wybieranych jest 30. Moje filmy znalazły się trzykrotnie na liście tych szczęśliwców. Po "Pingwinie" ktoś stamtąd zadzwonił, przeprowadził ze mną czterdziestominutowy interview i tak oto dostałem pracę za oceanem. To było dla mnie niezwykle nobilitujące przeżycie, zwłaszcza dlatego, że pracowałem m.in. dla Disneya, u samego źródła filmu animowanego. Potem to była już tylko kwestia nawiązywania kontaktów i udowadniania, że jestem dobry w tym, co robię. Śmieszne jest to, że na tydzień przed wylotem do Stanów robiłem z kolegami w Warszawie jakąś wyżebraną reklamę, klient nie był zadowolony z efektu, nic mu się nie podobało, a ja w tym czasie załatwiałem już papiery do USA, gdzie okazało się, że byłem jednym z 21 najlepszych animatorów ściągniętych z całego świata.

Jest film, z którego jesteś najbardziej dumny?
Ja tak naprawdę jestem dumny z wszystkich rzeczy, które zrobiłem. "Jeż Jerzy" był filmem, którego bardzo potrzebowałem. Widzowie oczekiwali ode mnie kolejnego, podobnego w technice filmu. Jednak 'Jeż Jerzy" jest zrobiony w zupełnie innej technice niż 3D, to animacja wycinankowa, mało rozumiana w naszym kraju. Do tego, nie byłem jedynym reżyserem na planie. Dzięki tym zabiegom mogłem zrobić coś świeżego.

Czy po cieszyńskich warsztatach zauważyłeś potencjał filmowy u młodych ludzi stela?
Wszędzie jest potencjał, możemy jedynie ubolewać nad tym, czego ja jestem w pewnym sensie ofiarą, że nie sposób nie być w Warszawie, żeby kształcić się w tym kierunku. Mnie by się marzyło i mam nadzieję, że dożyję takich czasów, gdzie tak jak chociażby w Niemczech wokół kilku większych miast są ośrodki kulturalne skupiające filmowców - nie ma tylko jednej Warszawy, ale można coś robić i w Berlinie i Stuttgarcie, Kolonii, czy Monachium. Warszawa dyktuje warunki, pełni funkcję państwa w państwie. 99% ludzi, którzy chcą zająć się filmem muszą przeprowadzić się do Warszawy, nie ma innych możliwości w Polsce, to jest smutne i to by mogło się zmienić.

Rozmawiała: BARBARA ŚLIŻ
Komentarze: (3)    Zobacz opinię czytelników (0)    Dodaj opinie
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy pozostawionych przez internautów. Komentarz dodany przez zarejestrowanego użytkownika pojawi się na stronie natychmiast po dodaniu. Anonimowy komentarz zostanie opublikowany z opóźnieniem, po jego akceptacji przez redakcję. Komentarze niezgodne z regulaminem będą usuwane.

Jaki stela? - przeca to krzok.

bez pracy - ni ma kołaczy!... :(

to ci pierón, tyn Wawszczyk!

Dodaj komentarz

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.

Więcej informacji na temat formatowania

Image CAPTCHA
Wpisz znaki widoczne na obrazku.
reklama
reklama