, poniedziałek 4 marca 2024
Śmierć i pamięć
Jarosław Jot-Drużycki jest felietonistą. fot. ARC 



Dodaj do Facebook

Śmierć i pamięć

JAROSŁAW JOT-DRUŻYCKI
Kiedy w wypadku samochodowym zginął mój Przyjaciel przeżyłem szok. I nie ja jeden, ale wszyscy cośmy Go znali. Bo co, niespełna 30-latek, który z podkieleckiej wsi poszedł jak Dawid na walkę ze światem i zdawało się, że wygrał: dwa fakultety, perfekcyjna znajomość japońskiego, dobrze płatna praca.
A teraz rozgnieciony przez tira na jedynej w Polsce autostradzie zakończył swoją ziemską pielgrzymkę. Pozostała zakrwawiona kurtka, zrozpaczona matka, przerażona dziewczyna i nigdy niespełnione marzenia o domu, tym duchowym i tym materialnym. Marzenia, które nagle zaczęły niknąć niczym dagerotypy wystawione na słońce.

I wtedy nagle uświadomiłem sobie, że nigdy za życia nie nazwałem Go Przyjacielem. Owszem, byliśmy sobie bliscy. On, ja i jeszcze K., spotykaliśmy się często, a raz do roku odprawialiśmy we trzech nasz towarzyski obrzęd, przy suto zastawionym stole i...

Ale póki co Jego zmasakrowane ciało leżało w trumnie. I wtedy zaczęło nam chodzić po głowie natrętne pytanie – jak możemy Ci jeszcze pomóc? Zdawałoby się, że to głupia kwestia, no bo jak można pomóc nieboszczykowi? Modlitwą? Ale czy każdy potrafi się modlić, czy chce się modlić? I nagle zrozumieliśmy, że jedyne, co możemy dlań zrobić to po prostu wziąć na ramiona trumnę z Jego doczesnymi szczątkami. Z parafialnego kościoła aż na cmentarz. Dwa kilometry.

Wśród śpiewów i modlitw nieśliśmy ciało naszego Przyjaciela, kolegi, znajomego. Ciało, w którym objawiał się On sam. Jego ręce, które zawsze wyciągały się ku nam na powitanie, teraz leżały złożone na brzuchu. I prawdopodobnie trzymały różaniec.

Odprowadzić do grobu i pamiętać. Nic więcej. Tyle oczekuje od nas kultura i od tych, którzy dowiedzą się o mojej, o naszej śmierci. To dużo? mało? Staram się o Nim pamiętać, chociaż minęło już sześć lat prawie. Ale stanął mi przed oczyma w chwili, kiedy z radioodbiornika usłyszałem o katastrofie samolotu Prezydenta RP.

Spoglądając na fotografie ofiar smoleńskiej katastrofy zastanawiam się jak to będzie z tą pamięcią. Na ile Ci ludzie w nas nie umrą. Widzieliście Macieja Płażyńskiego? Był tu jeszcze niedawno w Nawsiu, był w Suchej Górnej, był w Orłowej otoczony wianuszkiem zaolziańskich działaczy. Czy ktoś go jeszcze pamięta? Na pewno prezes Jan Ryłko. Nikt więcej?

„Często my w kraju zapominamy, że w Czechach żyje duża grupa naszych rodaków”, przypomniał Płażyński w Nawsiu jeden z głównych grzechów Polaków z Polski. Czy uczestniczące w „zielonej szkole” dzieci, a zwłaszcza ich wychowawcy będą pamiętali, by złożyć kwiaty w Bazylice Mariackiej w Gdańsku, w miejscu spoczynku Przyjaciela Zaolzia, którego nić żywota przecięła nieubłagana Parka.

Po śmierci mego Przyjaciela Jego pracodawcy znaleźli sobie innego pracownika, w końcu „nie ma ludzi niezastąpionych”, albo – jak to przypisuje się Stalinowi: „nie ma człowieka, nie ma sprawy”. Może i tak jest w społeczeństwach racjonalnych. Ja jednak będę starał się pamiętać – póki nie omota mnie pajęczyna Alzheimera – i o moim Przyjacielu, i o marszałku Płażyńskim.

www.kurjer.salon24.pl
Komentarze: (14)    Zobacz opinię czytelników (0)    Dodaj opinie
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy pozostawionych przez internautów. Komentarz dodany przez zarejestrowanego użytkownika pojawi się na stronie natychmiast po dodaniu. Anonimowy komentarz zostanie opublikowany z opóźnieniem, po jego akceptacji przez redakcję. Komentarze niezgodne z regulaminem będą usuwane.

Nie rozumiem co ten s.p.Pan ma wspolnego z Cieszynem?Wspolczuje kazdemu ktoremu zmarla /nie zaleznie od formy /bliska osoba.Pochowalem juz troche swoich bliskich i wiem ile to kosztuje cierpien.Spieszmy sie kochac ludzi bo tak szybko odchodza.

Nie stela znaczy niegodny?

Długo jeszcze będziemy o odejściach ludzkich rozmawiać. Każdy ma tu swoje przeżycia, swoją traumę. Teraz jednak zderzymy się z odmieniamiem i powoływaniem się na odejścia, z naszymi poglądami oraz bieżącymi emocjami. Nie będzie istotnym Kto? Jak? Kogo? odejście przyżywa. Liczyć się będą wyłącznie emocje do co postaci-ofiar ostatniej katastrofy. Prwdopodobnie nic z tego znaczącego dla Nas nie wyjdzie. Coś mi podpowiada, że się nie mylę.

Z jednej strony wspomnienie o straconym przyjacielu/koledze, ale podszyte polityczno-nacjonalistycznym kontekstem. Mieszkam na ziemi cieszyńskiej i nie widzę powodu, aby jakoś szczególnie zajmować się rodakami zza Olzy, którzy jak czytam sami sobą zająć się nie umieją. Żyją w kraju który jest znacznie normalniejszy od naszego i tego im zazdroszczę. Szkoda że śmierć kogokolwiek jest wykorzystywana do tego typu manipulacji...

...miało być manifestacji.

tekst ci wyszedł głupawy i tyle

Dawid nie był „moim” przyjacielem. Nie wiem, na jakie wyżyny obłudy musiałbym się wznieść, aby twierdzić coś innego. Jednak nawet gdyby był „mój”, to jego tragiczna śmierć nie stanowiłaby dla mnie ukoronowania żadnej misji. Nie była męczeństwem, ofiarą ani aktem bohaterstwa, nie ma metafizycznego, magicznego znaczenia. Jest po prostu fatalnym, a nade wszystko – gorzko ironicznym zbiegiem okoliczności.

no dobrze, zbiorowa pamięć, dodatkowo w kostiumie państwowo-narodowych inscenizacji pogrzebowych oraz indywidualne, osobiste scenariusze przeżyć, po tragicznych czy (także) naturalnych odejściach bliskich...- felietonista pokazuje jednocześnie istotny wątek , zapomniany, niedoceniany ślad naszych wzajemnych relacji, np na pograniczu: Polski-Cz.Cieszyn(Zaolzie) i przykład marszałka Płażyńskiego jest po trosze także przykładem symbolicznym, chodzi przecież o anemiczną współpracę Cieszyniaków z Zaolziakami ale to oddzielny temat - jednak wielka polska tragedia, poleruje i odświeża - myślenie oraz uczucia. Wyostrza i poszerza granice naszej wyobraźni moralnej, zachęca do przemian wewnętrznych w nas i wokół nas... takie refleksje i spostrzeżenia. pisane w kulturalny sposób krzepią i rozjaśniają perspektywy międzyludzkiej solidarności...

Obrzygałeś mnie swoją interpretacją.

podejście do życia i do śmierci. Wrażenie się ma jakby wykształcenie, stanowisko,funkcja miała jakiś sens w wypadku śmierci. Jeżeli to jest bliska osoba, znajomy czy rodzina, która to osoba odejdzie z tego świata, to jest to zawsze wielka strata ale nigdy mi nie przyszło do głowy żeby go cenić za wykształcenie czy też funkcję jaką wykonywał, nie mówię już o tym ile zarabiał. Coś w tym naszym kraju jest naprawdę nie tak. Może bierze się to stąd, że śmierć nie wybiera, jest sprawiedliwa, każdego dosięgnie wcześniej czy później. Może dlatego ludzie chcąc to zmienić, a niestety nie mogąc, próbuje po śmierci zrobić z człowieka zwykłego - człowieka niezwykłego. Jedno trzeba zostawić lepiej ginąć będąc we władzy niż biednemu np: górnikowi czy pracownikowi stoczni. Bo jak jesteś u władzy to i pośmiertnie raz, dwa rentę specjalną otrzymasz, czy emeryturę specjalną, odszkodowanie dostaniesz i nie musisz o to walczyć w sądach ależ skąd, po prostu automatycznie koledzy po fachu Ci przydzielą. "A biednemu zawsze wiatr w oczy"

dziwi mnie, że się dziwisz... Od czasów faraonów, a pewnie i jeszcze dalej, się niewiele zmieniło w tej materii. Władza podkreśla swa wyjątkową pozycję w każdej sytuacji, także - a może zwłaszcza - na pogrzebach Władzy...

by kowalskiemu przypomnieć, gdzie jego miejsce w szeregu...

jeszcze bardziej smutne, że Ci co żyją robią wrażenie jakby byli bez życia.

"wstyd mi za tych, co nie mając wstydu, zapomnieli, że u kresu groby nas zrównają" - Czesław Niemen, chyba z: *Człowiek jam niewdzięczny"...

Dodaj komentarz

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.

Więcej informacji na temat formatowania

Image CAPTCHA
Wpisz znaki widoczne na obrazku.
reklama
reklama