, poniedziałek 26 luty 2024
Amatorów już nie będzie
Franciszek Dzida ma 62 lata, jest reżyserem amatorem z Chybia, kręci filmy od ponad 30 lat, zdobył za nie kilkadziesiąt nagród i wyróżnień. fot. Paweł Sowa/Gazeta.pl 



Dodaj do Facebook

Amatorów już nie będzie

Dzisiaj każdy ma kamerę, ale woli filmować wesela, chrzciny, komunie. Młodzi są za delikatni, boją się, nie mają misji, nie przeżywają tego, co się wokół dzieje. Niczego nie przeżywają. Z tych ludzi amatorów nie będzie — mówi Franciszek Dzida, filmowiec-amator z Chybia.
Kim jest dzisiaj pierwowzór Amatora, jednego z najsłynniejszych bohaterów filmów Krzysztofa Kieślowskiego?
― Filmowcem oczywiście! Jestem reżyserem, kręcę filmy, zrobiłem ich już ponad 70. I nadal prowadzę jedyny w Polsce wiejski klub filmowy, który tak zafascynował Kieślowskiego.

Spotkaliście się w 1977 roku w Krakowie podczas festiwalu filmów amatorskich. On przewodniczył jury, pan pokazywał swój film.
― „Nietutejszą", opowieść o pracownicy cukrowni w Chybiu, która się nieszczęśliwie zakochała. Kieślowskiemu film bardzo się spodobał i chciał mnie poznać. Opowiedziałem mu wtedy, jak od małego chciałem robić filmy, jak w 1969 roku założyłem przy cukrowni wiejski klub filmowy, który pięć lat później był już znany w całym kraju, a on słuchał - taki poważny, powściągliwy jak zawsze. W końcu powiedział, że trzeba to zbadać, więc go zaprosiłem do Chybia. Przyjechał raz, drugi... Był zafascynowany cukrownią i jej pracownikami, których połączyła wspólna pasja - film. Kieślowski poprosił mnie, żebym to wszystko opisał w formie pamiętnika.

A było o czym pisać.
― Pewnie. Kiedy poszedłem do wojska, to od razu zgłosiłem się na kurs kinooperatorów, zdobyłem uprawnienia i razem z działem politycznym wyświetlałem filmy na poligonie. Miałem świadomość tego, co się wtedy działo w Polsce, ale w tym dziale politycznym mieliśmy bardzo fajnego i rozsądnego przełożonego. Kiedy nas opierniczano za hasła, które pisaliśmy na tablicach, on wymyślił, że pod każdym będziemy pisali „Władysław Gomułka", bo tyle rzeczy nagadał, że i tak nikt się nie zorientuje. Teraz widzę, jak historia lubi się powtarzać, bo przecież po latach ludzie zaczęli dokładnie tak samo wykorzystywać Jana Pawła II. Po powrocie z wojska zacząłem pracę w cukrowni i miejscowym kinie, a w 1969 roku razem z kolegami wpadłem na pomysł założenia klubu przy cukrowni. Opisałem Kieślowskiemu, jak poszedłem do przewodniczącego rady zakładowej, który kazał nam opracować statut. Opracowaliśmy, ale sprawa nie ruszyła z miejsca, więc zaczęliśmy działać nieoficjalnie. Ludzie szybko zrozumieli, że jeśli na imprezie pojawia się kamera, to podnosi jej rangę. Dzisiaj jest dokładnie tak samo (śmiech). Szybko zrozumiałem, że w kamerze nie musi być taśmy. Na pochód pierwszomajowy zamawialiśmy dziesięć rolek taśmy, kręciliśmy go tylko na jednej, a dziewięć zostawało na filmy niezależne. Tak było z każdą imprezą. Bardzo szybko przekroczyliśmy możliwości cukrowni, staliśmy się dla niej ciężarem. Szczególnie nie podobały się im naloty mediów, które ciągle się nami interesowały. Tego „pamiętnika" wyszło mi ok. 50 stron maszynopisu, nazwałem go „Kolejna próba ukierunkowania. Z notatnika wiejskiego działacza kultury". Na tej podstawie Kieślowski napisał scenariusz „Amatora", a ja zostałem pierwowzorem Filipa Mosza, głównego bohatera filmu.

Co pana łączy z Amatorem?
― Pasja i to, co się nazywa szaleństwem. Ale ja nie rozwinąłbym taśmy filmowej przed jej wywołaniem, nigdy bym jej nie zniszczył, tak jak to zrobił Mosz. To było w filmie nieprawdziwe i powiedziałem o tym Kieślowskiemu. Żaden pasjonat nie zrobiłby czegoś podobnego. Różni mnie też początek - Mosz kupił kamerę, bo miało mu się urodzić dziecko, u mnie to było działanie świadome, zawsze wiedziałem, że dzięki kamerze chcę opowiadać o życiu. Mosz do tego dochodził. Na premierze „Amatora", która odbyła się w naszym klubie filmowym w Chybiu, Kieślowski powiedział o mnie takie piękne zdanie, że urodziłem się artystą, jestem artystą i będę artystą. A Mosz stawał się artystą, dopiero z czasem zrozumiał, że kamerą można pokazać rzeczywistość.

W „Amatorze" dyrektor zakładu wzywa do siebie Mosza i każe mu zrobić film z okazji jubileuszu. Mosz kręci akademie, przemówienia, ale też gołębie na parapecie i aparatczyków naradzających się koło ubikacji. Dyrektor każe mu wyciąć gołębie i mężczyzn. Jaką rzeczywistość pokazywał pan w swoich filmach?
― W latach 80. w Polsce działało 300 klubów filmowych, do których należało 8 tys. osób. To był ewenement na skalę Europy. Prawie wszyscy operatorzy tworzyli własny wizerunek Polski, która w filmach amatorskich wyglądała zupełnie inaczej niż w propagandowych. I to wcale nie było kino opozycyjne, po prostu pokazywaliśmy kraj takim, jaki jest. Mam nakręconą pierwszą kampanię naszej cukrowni, skubanie pierza, wypadek wozu strażackiego w 1972 roku, mecze, spartakiady, dożynki, no wszystko. Dlatego tak bardzo rozczarowało nas kolejne pokolenie. Kiedy w sklepach pojawiły się kamery i magnetowidy, mieliśmy nadzieję, że ludzie zaczną się zapisywać do naszego klubu, że będą chcieli robić filmy. Gdzie tam. Dzisiaj każdy ma kamerę, ale woli filmować wesela, chrzciny, komunie. Niestety, nic więcej.

Może ludzi nie interesuje robienie filmów?
― Myślę, że powód jest inny: jesteśmy dla nich za wysoko, myślą o nas jak o wytwórni filmowej. Za to zaczęli przychodzić do nas młodzi, licealiści, studenci.

I o czym robią filmy?
― Dla mnie o niczym. Jeden młody człowiek zrobił reportaż o facecie, takim ekologu, który zbiera puszki po piwie na śmietnikach. Albo reportaż o chłopcu, który jest mistrzem gimnastyki artystycznej. Studentka Uniwersytetu Śląskiego zrobiła film „Gdy rozum śpi" - strasznie wystylizowany. Taki Janusz robi coś na wzór teledysków. To są tematy bezpieczne.

Mnóstwo młodych ludzi kręci filmy telefonami komórkowymi, potem wrzucają je do internetu np. na YouTube albo wysyłają do TVN 24. Zachęca się ich do filmowania świata.
― Młodzi robią reportaże z ulicy, dworca kolejowego. A przecież w dzisiejszych czasach jest tyle tematów, których należy w filmach dotykać. Choćby problem narkomanii - wszyscy się go boją, albo pijaństwo młodzieży - bo młodzi ludzie strasznie teraz piją. Ale młodzi filmowcy są na to wszystko za delikatni, boją się, nie mają misji, nie przeżywają tego wszystkiego, co się wokół nich dzieje. Zresztą niczego nie przeżywają. Z tych ludzi amatorów nie będzie.

O czym pan opowiada w swoich filmach?
― Zawsze o miłości. Ale ta miłość ma różne oblicza, zmienia się razem ze mną i rzeczywistością. Na przykład w „Późnym czerwcowym popołudniu" opowiadałem o miłości, którą łatwo przegapić. A w „Wędrowcu" sprzed dwóch lat o tym, że ludzie zbyt łatwo się poddają, że życie nie zawsze musi oznaczać taplania się w błocie. Mój najnowszy film „Różowy klucz" jest już bardziej drapieżny, mówi o kobiecie popadającej w alkoholizm. Dlaczego? Bo ma problemy w domu: brutalnego męża, córkę, która marzy tylko o tym, żeby się wyprowadzić. I znikąd pomocy.

O czym będzie pana nowy film?
― Przygotowuję film na 40-lecie cukrowni, ale nie będzie opowiadał o cukrowni, tylko o ludziach, w których życiu też coś się kończy. Bohaterowie mają po 50 lat, nie mają pracy, ale dzisiaj nikt przy zdrowych zmysłach nie zatrudni człowieka po pięćdziesiątce. Nie potrafią obsługiwać komputera, komórki, DVD, internetu. Są wykolejeni przez życie, ale zostali przeznaczeni do odzysku w ramach jakiegoś grantu. Trzeba ich uruchomić, żeby pożyli jeszcze jakieś 15 lat i umieli poruszać się w życiu, inaczej ludzie ich zadepczą. Taka jest dzisiejsza rzeczywistość.

Tadeusz Sobolewski napisał kiedyś, że gdyby przepadły wszystkie dokumenty z lat 70., na podstawie „Amatora" można by odtworzyć całą rzeczywistość tamtych czasów. Wymieniał na chybił trafił: żałobną nyskę z krzyżykiem, kamerę Krasnogorsk, która odmieniła życie zaopatrzeniowca, bo zaczął filmować „to, co jest", czy pamiętny szczegół z życia biurowego lat 70. - odpadająca poręcz każdego fotela. Co by dzisiaj pokazywał Amator?
― Po pierwsze: zniewolenie przez reklamy, które jest gorsze od systemu totalitarnego. Tak nachalnej reklamy, jak teraz, to w życiu nie zaznałem, a mam już 62 lata. Wszystko jest nią zapaskudzone. Reklama każe nam żyć tak a nie inaczej, każe mi coś kupić, bo akurat mam dwa złote, albo wziąć kredyt, który po mojej śmierci będą spłacały moje dzieci i rodzina. Pod drugie: zniewolenie przez seriale telewizyjne, które zawsze mają coś z kiczu. Ktoś mi kiedyś tłumaczył, że dzisiaj ludzie są już tak zmęczeni życiem, że nie mają siły rozwiązywać problemów za filmowych bohaterów. Dlatego seriale muszą być łatwe i przyjemne. Po trzecie: zniewolenie przez pieniądze. Ostatnio słuchałem w radiu o tym, że ludzie chcą pracować w mieście, ale mieszkać na wsi. I najlepiej, żeby mieli domy i tu, i tu. Na to potrzebne są pieniądze, więc pracują po 24 godziny. Jeden mężczyzna opowiadał, że przyjeżdża do domu o 21, pada z nóg, wstaje o świcie do pracy. Co to za życie? Ludzie nie mają dystansu, nie potrafią się cieszyć. Po co im kolejna szafa, dywan, fotel, skoro nie mają czasu, żeby w nim usiąść? Ja nie muszę mieć kolejnego telewizora, bo mam swoje filmy. Cieszę się, że jestem człowiekiem wyzwolonym.

Który potrafi nakręcić film w jeden, dwa dni, za 7 tys. zł, w którym grają gwiazdy takie jak Piotr Machalica czy Jan Nowicki. Ten ostatni mówi, że zagra za darmo w każdym pana filmie, bo u pana aktor czuje się aktorem i robi coś ważnego. Jak to się panu udaje?
― To kwestia życzliwości ludzi, którzy widzą we mnie niegroźnego szaleńca. U mnie zawsze jest skromnie. Robię filmy bez pieniędzy, ale przyzwoite technicznie i z prawdziwymi aktorami. Plany zdjęciowe do moich wczesnych filmów trwały jeden dzień, potrafiłem zrobić kilka 15-minutowych filmów w ciągu roku. Dzisiaj jest to trudniejsze, bo w 1989 roku mój film przemówił. Musiałem zacząć pisać dialogi i szukać aktorów. Pisząc scenariusz, wiem, że historia nie będzie się działa na Wyspach Bahama ani nawet w Ustroniu (bo niby niedaleko, ale już musiałbym wynająć hotel dla ekipy). Więc wszystkie moje filmy dzieją się w Chybiu. Przecież tutejsze radości, smutki, dramaty są takie same, jak w każdym innym miejscu. Problemy skreślam po drodze na etapie pisania scenariusza - jak nie mamy mercedesa, to daję dużego fiata i też jest dobrze. Śmieszą mnie współczesne polskie filmy, których akcja rozgrywa się w salonach, szklanych budynkach. Dekoracje tego typu tylko obniżają skale dramatu. Jak ktoś nie ma urody, szczęścia i mieszka w lepiance - to jest dramat. Księżniczka zawsze sobie te niedogodności zrekompensuje. Ja unikam w kinie zafałszowanych rzeczy.

Rozmawiały: ANNA STAŃCZYK i EWA FURTAK/Gazeta.pl
Komentarze: (7)    Zobacz opinię czytelników (0)    Dodaj opinie
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy pozostawionych przez internautów. Komentarz dodany przez zarejestrowanego użytkownika pojawi się na stronie natychmiast po dodaniu. Anonimowy komentarz zostanie opublikowany z opóźnieniem, po jego akceptacji przez redakcję. Komentarze niezgodne z regulaminem będą usuwane.

Cyt.: Bohaterowie mają po 50 lat, nie mają pracy, ale dzisiaj nikt przy zdrowych zmysłach nie zatrudni człowieka po pięćdziesiątce. Nie potrafią obsługiwać komputera, komórki, DVD, internetu. Są wykolejeni przez życie, ale zostali przeznaczeni do odzysku w ramach jakiegoś grantu. Trzeba ich uruchomić, żeby pożyli jeszcze jakieś 15 lat i umieli poruszać się w życiu, inaczej ludzie ich zadepczą. Taka jest dzisiejsza rzeczywistość...

No to Panie Franku, sam Pan wie, że udzielił Pan sam sobie odpowiedzi. Szmira, tandeta i PLN-y wyznaczają standardy naszego zywota, czy się to Komuś podoba czy nie. To są fakty. Nawet nauczyciele, sól tej ziemi, rozkochują się emocjami piąty raz obejrzanego odcinka serialu. Co z tego będzie? Nie wiem? Gdybym znał odpowiedź na podobne pytania, nie było by mnie tutaj. Kościół, którykolwiek, też sobie z tymi dylematami nie radzi. Efekty widać. Pogarda dla ludzi "małych", epoteowanie "nikczemnych" na stanowiskach, wszechobecna nobilitacja głupoty. Bynajmniej nie są to dylematy dnia dzisiejszego. Tak zawsze bywało tylko koloryt był inny, no i ta elektronika.

Miliony ludzi robią wiele intersujących rzeczy, kręcą amatorskie filmy - Pan Panie Dzida ich nie widzi, bo chyba nie chce widzieć ;P

Кино - искусство не для ученых, а для неграмотных.

Papaj dzide paniw dZida!

Dla mnie bomba. Wiedziałem wcześniej o klubie filmowym w Chybiu, ale postać pana Dzidy nie była mi znana. Czytając ten wywiad przyznaję mu rację w większości kwestii, na których temat się wypowiada. Smuci mnie tylko brak wiary w młodych twórców. Wydaje mi się, że skoro nie poruszają oni w swoich produkcjach tematów wartych dostrzeżenia, to właśnie osoba doświadczona w tej materii powinna tych młodych ludzi zainspirować wskazując im to, czego nie zauważają.

Kolejny niespelniony amator zadufany w sobie! Gdzie pan byl panie Dzida jak Jakobs, Ostry, Jaco i mieszko krecili pierwsze filmy?

Do Stańczyka. Grubo przesadziłeś co nie znaczy, że nie ma problemu.

Dodaj komentarz

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.

Więcej informacji na temat formatowania

Image CAPTCHA
Wpisz znaki widoczne na obrazku.
reklama
reklama