, wtorek 26 marca 2019
Małe Kroki - Wielki postęp [FELIETON - Kamil Glik (numer 2), w ostatnim meczu z Anglią rozegranym 17 października, zdobył swoją drugą bramkę podczas występów w kadrze narodowej.]
Kamil Glik (numer 2), w ostatnim meczu z Anglią rozegranym 17 października, zdobył swoją drugą bramkę podczas występów w kadrze narodowej. fot: www.pzpn.pl



Dodaj do Facebook

Małe Kroki - Wielki postęp [FELIETON]

BeKa
W Realu Madryt było ich trzech. Trzech Polaków, co do dziś brzmi nieco abstrakcyjnie. Oczywiście żaden kariery w Hiszpanii nie zrobił, ich pobyt w Madrycie ograniczał się (poza drobnym wyjątkiem) do treningów z drużyną C wielkiego Realu, ale tego, co przeżyli, co widzieli, z kim grali, już nigdy nikt im nie zabierze. Nawet jeśli dziś cała trójka znajduje się na biegunie od Madrytu.

Szymon Matuszek z Cieszyna, Santiago Bernabeu zamienił na stadion Dolcanu Ząbki, zaliczając po drodze nieudane epizody w Jagiellonii Białystok czy Piaście Gliwice. Krzysztof Król z Rydułtów, jedyny, który wspiął się szczebel wyżej i zaliczył przygodę w drużynie B "Królewskich", zamiast na piłkarza przez duże "P" wyrósł na przebierańca i mitomana, który kopie się po czole w Podbeskidziu Bielsko-Biała. W trwającym obecnie sezonie dokonał rzeczy wręcz legendarnej, bo we wszystkich rozegranych do tej pory meczach, chyba jako jedyny w lidze boczny obrońca, nie zaliczył ani jednego dobrego dośrodkowania. Z kolei ten trzeci, Kamil Glik z Jastrzębia Zdroju, ten trzeci ma się całkiem dobrze. A wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że wkrótce będzie się miał jeszcze lepiej.

Od kilku tygodni, a ściślej mówiąc - od pamiętnego meczu z Anglią, krzywa Glika w oczach polskich kibiców rośnie w bardzo szybkim tempie. Jednak progres reprezentacyjnego obrońcy to proces, który sukcesywnie trwa i rozwija się od ponad roku, jednocześnie wypychając go na sportowe wyżyny, gdzie strzela bramki w meczach z Anglią czy Lazio Rzym, a procent jego celnych podań w cenionej lidze włoskiej wynosi 92,9.

A przecież jeszcze dwa, trzy lata temu mało kto wierzył, że Kamil Glik faktycznie przebije się w poważnej piłce. Jego Piast Gliwice właśnie leciał z ekstraklasy, i to z niechlubnym mianem zespołu, który w całym sezonie stracił najwięcej bramek w lidze. Jakże duże było więc zaskoczenie kibiców, gdy w eterze zaczął hulać news o przenosinach Glika do włoskiego Palermo, jakby nie było dość znanego i w miarę cenionego klubu. Argumentacja typu "liga włoska to najlepsze miejsce dla obrońców" nie brzmiała przekonująco. Po prostu - gość zwrotny jak tir z naczepą i dynamiczny jak dąb Bartek, nie miał prawa poradzić sobie na takim poziomie. Nie miał prawa się tam odnaleźć, a już tym bardziej zaistnieć. Nawet blisko wiążąca się z Realem Madryt przeszłość przybrała wydźwięk jak najbardziej groteskowy, a jeśli już przynosiła jakieś korzyści, to wyłącznie te z kategorii PR-owych.

I rzeczywiście, początki na włoskiej ziemi, w przeciwieństwie do koloru klubowych koszulek, nie były różowe. Glik co prawda zagrał w kilku meczach Ligii Europejskiej, ale występy te wyszły mu mniej więcej tak samo, jak Cezaremu Pazurze film "Weekend". Trener Sycylijczyków, Delio Rossi, szybko pojął, że blondwłosy przybysz z Polski raczej nie sprosta zadaniu zastąpienia sprzedanego do Wolfsburga Simona Kjaera i szybko odstawił go na boczny tor, ograniczając jego grę w Serie A do minimum z minimum. Wielu wydawało się wtedy, że Glik lada moment wróci do kraju z podkulonym ogonem, że wzorem kilku poprzedników popadnie w nadwiślańską szarzyznę i na dobre utknie w polskim grajdole. Wszyscy, w tym autor tego tekstu, byli jednak w kolosalnym błędzie.

Zupełnie niepostrzeżenie, ni stąd ni zowąd, Kamil Glik, niejako na pohybel wszystkim, którzy postawili na nim krzyżyk, wyrósł na najlepszego polskiego stopera. I chyba na dobre zamknął usta wszystkim krytykantom i malkontentom, wątpiącym w jego umiejętności. Rzecz jasna, postęp, który zanotował, w głównej mierze wynika z drzemiącego w nim talentu oraz rzetelnej, systematycznej pracy, ale z pewnością Kamil nie wykonałby milowego kroku wprzód, gdyby był pozbawiony jednej, niezwykle ważnej cechy. Chodzi mianowicie o dojrzałość. Zwykłą, życiową dojrzałość, której nie zabrakło mu w kluczowych momentach i która finalnie okazała się przepustką do kolorowej przyszłości, rozświetlonej coraz dłuższymi chwilami radości, szczęścia, satysfakcji.

Pierwszą próbę dojrzałości przeszedł już pół roku po transferze do Włoch. Gdy zorientował się, że w Palermo nie ma czego szukać, nie wahał się skorzystać z oferty wypożyczenia do Bari, drużyny, która w tamtym czasie byłą czerwoną latarnią Serie A, bez widoków na utrzymanie w elicie. Występy notował różne, raz lepsze, raz gorsze, ale przede wszystkim grał, mierzył swoje siły ze świetnymi napastnikami, z wielkimi nazwiskami. Jasne, zdarzało się, że nie nadążał, że prezentował się tak, jak na takim poziomie prezentować się nie wolno. Zdarzało się, że nad swoją grą mógł jedynie załamać ręce. Wiedział jednak, że jeśli sam nie przetasuje kart i nie rozda ich po swojemu, zła passa nigdy się nie odwróci.

Dlatego przy kolejnym rozdaniu, już po sezonie 10/11, Glik nie wrócił do Palermo. Zdawał sobie sprawę, że to nie ten styl i nie ten poziom, że póki co, to dla niego za wysoka półka. Zrozumiał, że musi poszukać kapelusza w swoim rozmiarze. I faktycznie taki znalazł. W Serie B.

Przenosiny do Torino były już drugim krokiem wstecz w jego karierze. Co prawda klub z Turynu święcił onegdaj wielkie sukcesy, pod koniec lat 40. ubiegłego wieku uchodził nawet za najlepszy zespół na świecie, ale mimo wszystko towarzysząca Glikowi tendencja spadkowa była delikatnie rażąca. On sam nie zwracał na to uwagi, po prostu kontynuował to, na co zdecydował się z własnej, nieprzymuszonej woli. I jak się czasem okazało - wygrał. Raz jeszcze na wierzch wyszła jego niebywała dojrzałość, tak często obca wielu jego rówieśnikom. Pewnie każdy z nas zna kogoś, kto nie dorósł do swojego wieku, teraz takich pełno. Kogoś, kto nie rozumie, że nadszedł czas, w którym wymaga się od niego więcej, w którym musi pokazać, że jest choć trochę poważny, w którym praktycznie nie ma miejsca na odpuszczanie. W takich sytuacjach, to właśnie dojrzałość kształtuje charakter człowieka, ma duży wpływ na to, jak poradzi sobie z niepowodzeniami, na to, jak przyjmie porażkę. Kamil Glik ze wszystkim uporał się bez zarzutów. A jakby tego było mało, wszystkie swoje niepowodzenia zdołał przekuć w sukces.

Dzisiaj jest nie tylko etatowym reprezentantem kraju i pewniakiem trenera Waldemara Fornalika do gry na środku obrony. Jest także podstawowym zawodnikiem Torino, klubu środka tabeli Serie A. Rzecz jasna Polak, chociaż na zapleczu włoskiej elity nie ustrzegł się mniejszych i większych błędów, swoje trzy grosze do awansu dorzucił, a przy okazji rozwinął się na tyle, że obecnie nikt nie ma wątpliwości, że Serie A to miejsce, do którego jak najbardziej pasuje. Jedynie do Palermo cały czas się nie nadaje. Kiedyś był za słaby, dzisiaj jest zwyczajnie za dobry. Znak czasów, ot co.

Oczywiście w zachwytach nad Glikiem nie można przesadzać, bo za chwilę może się okazać - jak to czasem z polskimi piłkarzami bywa - że jest skrajnie beznadziejny i całą adorację trafi szlag. Niemniej na chwilę obecną należy oddać królowi to, co królewskie. Tym bardziej, że akurat jego przykład kapitalnie obrazuje jak powinna wyglądać droga z dołu na szczyt, a on sam może być wzorem do naśladowania dla innych polskich kopaczy, którzy za granicę wyjechali nie do pracy, a na wakacje. Zresztą nie tylko dla nich, dla nas - szaraków i przeciętniaków także. Bo Kamil Glik pokazał, że szansę na to, by zrobić postęp ma każdy. Naprawdę każdy.

Komentarze: (3)    Zobacz opinię czytelników (0)    Dodaj opinie
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy pozostawionych przez internautów. Komentarz dodany przez zarejestrowanego użytkownika pojawi się na stronie natychmiast po dodaniu. Anonimowy komentarz zostanie opublikowany z opóźnieniem, po jego akceptacji przez redakcję. Komentarze niezgodne z regulaminem będą usuwane.

slaby ten felieten pewnie skopiowany z jakies strony lub blogu wiadomosci sportowe nigdy nie byly wasza mocna strona a co bylo wasza mocna strona:-)

fajny felietonik, może odrobinę przydługawy i bez fajerwerków, ale ok :)

ble,ble,bleeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!

Dodaj komentarz

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.

Więcej informacji na temat formatowania

Image CAPTCHA
Wpisz znaki widoczne na obrazku.
reklama
reklama