, sobota 21 października 2017
Psychologia dla średniozaawansowanych – część II.
Na dębowym biurku sekretarki Zarządu stała butelka coca coli z napisem limityt edyszyn.  fot: arch. GC



Dodaj do Facebook

Psychologia dla średniozaawansowanych – część II.

Dariusz Bożek

Obserwujemy postępy Janusza na drodze do znalezienia prawdziwie dojrzałej miłości. Lecz trzeba tutaj zadać sobie pytanie o naturę tego zjawiska.

Psychologia rzecze, że dojrzała miłość łączy w sobie zjawiska, które mają naturalną tendencje do rozchodzenia się, czy jak to fachowo się ujmuje - rozszczepiania. W dobrym związku partnerzy zachowują możliwość przeżywania wobec jednej osoby, przez stosunkowo długi czas ( do grobowej deski czasem ) dwojga rodzaju uczuć lub stanów: wyższych, np. bliskość i intymność oraz seksualnego pożądania.

Dodatkowo warunkiem dojrzałej relacji, a więc i miłości, jest stan ambiwalencji, czyli możliwości jednoczesnego przeżywania wobec tej samej osoby różnych emocji.

Reasumując: kocham Cię. Pożądam Cię. Też Cię lubię - za zjawisko X (np. poczucie humoru); fascynuje mnie w Tobie Y (np. wrażliwość lub znajomość fizyki kwantowej) a moją złość budzi Z ( np. zalegasz z pilotem po pracy nie pomagając mi w pracach domowych albo brudne skarpetki stawiasz w przedpokoju ).

Na użytek „Miłości w korporacji” i historii Janusza wprowadzimy prosty ewolucyjny podział faktów damsko-męskich zobrazowany etapowo – starając się śledzić Januszowe postępy:

1. Incydent niedoszły

2. Incydent skonsumowany

2. Zauroczenie, w tym fatalne

3. Zakochanie

4. Miłość niedojrzała

5. Miłość dojrzała

Może ktoś zapyta: a czym się różni miłość dojrzała od niedojrzałej. To ja odpowiadam: tym czym Hymn o miłości Św. Pawła od próby jego naśladowania, napisanej przez anonima stela – czytaj poniżej.

W pierwszej części - tydzień wstecz - mieliśmy do czynienia z incydentem niedoszłym w tzw. Kanciapie. Sam byłem zdziwiony tym, że nie doszło do niczego pomiędzy bohaterami, tym bardziej, że Janusz miał moje pełne wsparcie w procesie. Lecz cóż - jak Stwórca dał nam, ludziom wolność – tak również ja postanowiłem nie ograniczać Janusza w podążaniu ścieżką spełnienia.

Dzisiaj kontynuacja historii. Janusz spotka kobietę innej skali: zjawiskowo piękną i…

… zapraszam do czytania

Hymn do niedojrzałej miłości…

Choćbym miłował całe stworzenie Boże,
mówił językiem zakochanych w aniołach, a rozumu bym nie miał,
byłbym cymbałem brzmiącym w orkiestrze grającej dla samego Boga.

Bo…
miłość niecierpliwa jest
miłość nienasycona jest
zazdrosna jest
przelotna jest
bezdomna jest
kapryśna jest
niespełniona jest i niesprawiedliwa
ciągle walczy i rzadko wygrywa
żąda swego i pragnie cudzego
jest więzią, która więzi – rozum na uwięzi
Bo miłość rozpacza i o absurd zahacza
mydli słowami i się sprzeniewierza
dręczy urzędnika i uwodzi harcerza
unosi* się stale i wypełnia seriale
potwornie się męczy, aż się nie zaręczy
potem z trudem znosi jak obrączkę nosi
Bo miłość Cię przeorze – inaczej być nie może
Bo miłość zazdrości tej prawdziwej Miłości**

* - unosi się prawdopodobnie gniewem
** - tej Miłości dojrzałej i prawdziwej Św. Pawła

Autor – anonim stela.

Miłość w korporacji - II

Janusz posuwał się wolno korpokorytarzem, który tylko na wysokości Menedżmentu miał normalne ściany. Reszta urządzona była na zasadzie otwartej przestrzeni, tzw. ołpenspejsu, bez wizualnych i fizycznych barier, wypełnionego zgrupowanymi tematycznie zestawami boxów. Nieco poruszony sytuacją z Grażyną, podążał w stronę męskich toalet, które na szczęście wbrew ogólnej tendencji w Korpo, wciąż były miejscem fizjologicznej intymności.

Idąc dumał o tym, że tam w kanciapie, coś poszło nie tak. „Arnold” nie był chyba najlepszym wzorem do naśladowania. Nie powinien „być jak Arnold” chcąc się kochać z kobietą. Cokolwiek inny bohater byłby bardziej funkcjonalny w działaniu, w szczególności wobec kobiet. Zresztą jakoś nie mógł sobie przypomnieć jakiejkolwiek przedstawicielki płci przeciwnej, która powiedziałaby any słowo na temat sexappealu Arnolda Schwarzeneggera.

Z zamyślenia wyrwał go impuls. Przystanął. Nie wiedział dlaczego. Odruchowo, intuicyjnie wręcz cofnął się kilka kroków w stronę przypadkowo – jak mniemał - otwartych drzwi do głównego biura Menedżmentu wyższego szczebla. Zajrzał do środka.

Na dębowym biurku sekretarki Zarządu stała butelka coca coli z napisem limityt edyszyn. Cokolwiek go to zdziwiło. Widywał cole i pepsi w różnych butelkach i wersjach, jednakowoż nigdy nie spotkał jeszcze limitowanej edycji. Butelka stała, pełna cukru i innych szkodliwych substancji, bezczelnie i wyzywająco, szczególnie wobec dietetycznych nawyków zdecydowanej większości pracowników ołpenspejsu.

- No proszę… - pomyślał Janusz – jakaś wyższa forma życia a konsumuje coca colę.

Poprzez wyższą formę życia pojmował kadrę zarządzającą korporacji, w szerokim rozumieniu tego słowa.

Lecz na czym miała polegać limitowana edycja? Jak się wkrótce miał zorientować - nie napis był tu najważniejszy a kształt. Butelka została wystylizowana na opakowanie po perfumach, takie dizajnerskie. Przypominała kształtem mężczyznę z flakonika Jean Paul Gaultiera. Pijąc napój właścicielka – jak mniemał – musiała tak jakby odgryzać głowę, męską w dodatku, co miało znaczenie symboliczne, w świecie skutych w kulturowe kajdany kobiet i nienawidzących ich mężczyzn.

Zaciekawiony cofnął się jeszcze bardziej. W pokoju trwała rozmowa a raczej monolog. Starszy, siwy mężczyzna stojąc snuł swą opowieść. Był nią zachwycony – opowieścią znaczy się – tak, że tracił rozeznanie sytuacji, zapominał w pewnym sensie, że rozmowa jest dialogiem, że fidbak może mu dostarczyć kluczowych informacji o relacji z partnerką. Więc mówił niepowstrzymany jak armia radziecka zmierzająca na Berlin. Wydawało się Januszowi, że jego motto mogło by brzmieć: mówić bez względu na ofiary.

Jeszcze krok w tył i na blacie zobaczył kobiecą rękę; paznokcie pomalowane na czerwono wybijały rytmicznie melodię dobrze skrywanej irytacji. Nie była zadowolona z toczącej się jednostronnie konwersacji. Mężczyzna gestykulował, ingerując w przestrzeń zarezerwowaną dla osób najbliższych. I mówił, mówił bezustannie.

Janusz wychylił się jeszcze bardziej i zamarł w bezruchu. Wiedział, że powinien iść dalej; kontynuować korporacyjny krok w stronę sanitariatów. Zatrzymanie się w tym miejscu i obserwacja przestrzeni nie przeznaczonych dla niego, niczym dobrym nie mogła się zakończyć. Ta kobieta albowiem nie przynależała do niego. Przynależała do Menedżmentu wyższego stopnia i nie ma co ukrywać, że tym Menedżmentem był Zarząd. Janusz co prawda nigdy Zarządu nie widział lecz obdarzał go należytą estymą, wprost proporcjonalną do kwadratu odległości od boxu w ołpenspejsie.

Kobieta przerzuciła wzrok ze starszego intruza na Janusza. Lecz jej spojrzenie chyba tylko podążało za wcześniejszą intuicją, szepczącą jej, że znajduje się w komunikacyjnym trójkącie.

Gdy wstała, podnosząc się lekko na swoich długich nogach, zawładnęła przestrzenią. Wyszła zza biurka i podeszła do drzwi; czerwono – czarna orgia kolorów i kształtów hipnotyzowała otoczenie. Janusz zastygł w bezruchu. To tak wyglądają marzenia – przemknęło mu przez głowę - które nigdy się nie spełniają, tak smakuje głód, który nigdy nie będzie zaspokojony.

Drzwi zasunęły się a Janusz poczuł się podwójnie odseparowany: od butelki coca coli ala Jean Paul Gaultier i niebiańskiej istoty za dębowego stołu.

…………………….

- Ani słowa o sytuacji w kanciapie Ty korpozjebie – warknęła cicho Grażyna, akurat w momencie jak Janusz, oszołomiony i zmieszany zasiadł w boxie przeznaczonym dla takich jak on, korporacyjnych trybików w skomplikowanej maszynie do zarabiania pieniędzy. Na te słowa Janusz skulił się cieleśnie, zanurkował sam w sobie oraz fizycznie, chowając się przed wzrokiem Grażyny poniżej poziomu odgradzającej ich ścianki. Ta widząc to odpuściła i oddała się czynnościom pracowniczym.

Poranek upływał pod znakiem plotek dotyczących rzekomego zniknięcia starszego Pana w Korpo. Wizyta Policji dostarczyła wiedzy, że ostatnio widziano go wchodzącego do głównego korytarza. Janusz pomyślał przez moment i szybko skojarzył dwa odległe o jeden dzień punkty w czasoprzestrzeni. Jako że nikt nie wspominał o obecności poszukiwanego w biurze Zarządu, uznał, że fakt ten umknął wszystkim, oprócz niego.

W okolicach lanczu pojawiła się Pani Kanapka, czyli korporacyjna fud suplajerka vel. maszyna wendingowa.

- Co tam dzisiaj na palecie? – zapytała Mariolka oblizując usta.

- Bezglutenowy Sandłicz z jarmużem, wegetariańska tarta z duszonym bakłażanem i himalajską solą oraz karpaccio z buraka.

Menu szybko zdobyło zrozumienie i właściwie oświecony target.

- Co dla Ciebie?

Pani Kanapka niespodziewanie podeszła do skulonego Janusza i zawiesiła na nim znak zapytania.

- Jaa… dzisiaj nie jestem głodny – odparł zaskoczony Janusz.

Ola – bo tak miała na imię Pani Kanapka - zawsze była dla niego miła. Empatyczna, ciepła i kulturalna od urodzenia. Karmiąca. Taki typ kobiety.

- Janusz już dzisiaj skonsumował schabowego – ze wschodnich rubieży ołpenspejsu dobiegł głos Karola, metroseksualnego herubina ala Zac Efron.

- A kto wczoraj wpierdalał golonko w gospodzie „U Mariana” hę? - zapytała Karola w odwecie, anonimowa singielka z kresów północno-zachodnich.

Ołpenspejs wypełnił się wielobarwnym rechotem a znad tafli boxów, to tu to tam wychyliły się ciekawe spojrzenia.

- To miasto jest takie małe – dodała nieco filozoficznie Natali – jestem taka very eksajted.

- Kurewsko małe – rzuciła Grażyna wciąż jeszcze posyłając Januszowi gniewne spojrzenia.

- Nie wyglądasz najlepiej – Ola pochyliła się nad Januszem – dbaj o siebie.

Oddaliła się z przesuwnym stolikiem w stronę bardziej zdecydowanego targetu.

MEREDITH

Kolejnego dnia przechodząc obok ulokowanej za dębową barierą piękności, zdecydował się - wbrew sobie, zdrowemu rozsądkowi oraz zasadom współżycia społecznego - otworzyć drzwi. Meredith – bo jak się wywiedział, tak miała na imię - siedziała za wysokiej klasy dębowym biurkiem i nawet nie oderwała wzroku od ekranu komputera.

Na stole zauważył znaną butelkę i schowany za nią dyskretnie kruasant.

- Coca cola i gluten – powiedziała Meredith idąc za jego wzrokiem – podstawa pożywnego śniadania.

- Co nas nie zabija to nas wzmacnia – pochwalił się wyższym poziomem mądrości Janusz.

- No… proszę… - uśmiechnęła się lustrując gościa - mamy tu bystrzaka.

Odchyliła głowę do tylu łapiąc kosmyk, który ruchem wahadła pozostał przez chwilę zawieszony, trzymała go w palcach bawiąc się nim. Gdy włożyła go do ust zalotnie - podniosła wzrok.

- Policja szukała dzisiaj starszego pana, który podobno był widziany w naszej korpo, wiesz coś o tym?

- Nie widziałem nikogo takiego – powiedział Janusz - jak sobie coś przypomnę to dam znać, policji oczywiście.

Powiedział to odruchowo. Te słowa nie były potrzebne. Teraz ona już wiedziała, że on wie o starszym panu i on wiedział, że ona wie, że on wie a to w jego ocenie nie była sytuacja komfortowa.

Czarne jak świeżo sfedrowany węgiel źrenice zwężyły się wysypując armię zimnych jak wnętrze lodowca sztyletów; pochyliła się lekko wbijając paznokcie w dębową twardość; fotel zaskrzypiał od gotowości do ataku i tylko... w ostatniej chwili wróciła jej kontrola. Znowu na twarzy zagościł uśmiech.

- Nie omieszkaj dać mi znać – powiedziała z wymuszoną obojętnością i przerzuciła uwagę na ekran komputera.

Mimo to Janusz idąc w stronę drzwi czuł na swoich plecach dziesiątki szponów zdzierających z niego skórę.

……………………..

Wieczorem nie mógł zasnąć. Meredith stała się w jego oczach archetypem piękna. Przy takiej kobiecie prawdziwy mężczyzna może poczuć się zdobywcą – rozmarzył się na moment - lecz problem w tym, że dla Janusza zdobycie Meredith byłoby jak wspinanie się na Mount Everest. Chociaż on - czyli Janusz - mógłby zagrać jakąś inną życiową rolę, oczywiście gdyby ją wcześniej znalazł. Mógłby zdobyć Meredith jak filmowy amant z najwyższej półki i się z nią pokazywać i budzić zazdrość przedstawicieli tego samego gatunku. Jednak w swoim marnym – jak mu się w tym momencie objawiło – życiu, oglądał tyko filmy akcji. A doświadczenie z Grażyną – tu się nieco skurczył na samą o Grażynie myśl – uczy, że bohaterowie tych filmów w kluczowych scenach okazują się nieprzydatni, bezradni wobec delikatnej specyfiki relacji męsko-damskich i towarzyszących im dylematów.

Zasnął z jej obrazem pod powiekami ( Meredith a nie Grażyny ), lecz sen przyniósł znany lęk, matczyne piersi w akcji i wielką butelkę, co to ssania się nie bała. Schronienie znalazł w toalecie męskiej, gdzie ukoiła go muszla klozetowa mieniąca się wewnątrz kolorami tęczy, zupełnie takiej, jak na Placu Zbawiciela.

Ciąg dalszy nastąpi...

Komentarze: (3)    Zobacz opinię czytelników (0)    Dodaj opinie
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy pozostawionych przez internautów. Komentarz dodany przez zarejestrowanego użytkownika pojawi się na stronie natychmiast po dodaniu. Anonimowy komentarz zostanie opublikowany z opóźnieniem, po jego akceptacji przez redakcję. Komentarze niezgodne z regulaminem będą usuwane.

Czekam na kolejny odcinek. Pozdrawiam!

Super! Czekam na dalszą część.

"Janusz posuwał się wolno....."
Zbyt wolno!

Dodaj komentarz

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.

Więcej informacji na temat formatowania

Image CAPTCHA
Wpisz znaki widoczne na obrazku.
reklama
reklama