, sobota 24 sierpnia 2019
Magnolia X. Finał.
Magnolia. Finał. fot: mat.pras.



Dodaj do Facebook

Magnolia X. Finał.

Dariusz Bożek
Magnolia X ®

I - Magnolia.
II – Raport.
III – Living camera.
IV – Zegarmistrz światła.
V - Ucieczka Balcerka. Inni.
VI – Oblężenie.
VII- Głód spraw istotnych.
VIII – Podróż.
IX – Horyzont kosmologiczny.
X – Finał.

Skrzat. Drobiny proroka.

Skrzat przebudził się. Wróciła mu świadomość i rozeznanie sytuacji. Otaczała go ciemność, lecz niezbyt idealna. Znajdował się na uskoku skalnym, nad bezdenną przepaścią. Wokół cisza i żadnych poruszeń. Nie odnalazł ścieżki powrotnej a przed nim straszyła czeluścią ciemniejąca niewiadoma.

- Więc to koniec? - powiedział sam do siebie i powtórzył jeszcze raz głośniej, tym razem bez znaku zapytania. Krzyk wchłonęła idealna pustka nie rewanżując się żadnym echem.

Zamknął oczy i pochylił się nad skrawkiem wystającej skały. Ręką sięgnął do kieszeni, gdzie wymacał małą fiolkę. Jej zawartość była jego słodką tajemnicą - znajdowały się w niej prochy wielkiego proroka skrzatów Bartuzalema. Przepowiednia głosiła, że jego szczątki potrafią przeniknąć wszelaką materię. Zatrzymują się tylko na fenomenach duchowych, które pod wpływem drobinek proroka zaczynają świecić, ukazując tym samym swą ukrytą formę.

Rufus wiedział, że zrobił źle kradnąc szczątki z mauzoleum ale…, w końcu nie był ochrzczony i ufał , że wielki Pan Bóg - o ile istnieje – zważywszy dobro całego jego życia, wybaczy mu drobne odstępstwo na drodze do poznania.

Więc – pomyślał z nadzieją - jeżeli zaraz wysypie zawartość fiolki w otaczającą go pustkę i zobaczy jak drobinki Bartuzalema zaczynają świecić napotykając duszę, to ostatecznie uzyska to czego zawsze szukał: pewność istnienia duszy; pewność istnienia Boga.

Jak pomyślał, tak zrobił. Rozrzucił w ciemnościach prochy Bartuzalema. Kiedy fiolka została opróżniona do ostatniej drobinki, pozostało mu tylko czekać. Więc czekał cierpliwie. Lecz ciemność nie chciała przestać być ciemnością. Prochy wielkiego skrzata nie napotykały na nic, co mogłoby je zatrzymać w spadaniu w otchłań. Nic nie rozbłysło w przestrzeni. Otoczenie potwierdziło tym samym obojętny stosunek do małego Rufusa, przedstawiciela rasy dumnych skrzatów polnych.

Φ

Demon.

„A kiedy skończyli jeść i pić, zapragnęli udać się na nocny spoczynek. Odprowadzono młodzieńca i przyprowadzono go do sypialni. Wtedy przypomniał sobie Tobiasz słowa Rafała, wyjął wątrobę i serce ryby z torby, w której je przechowywał, i położył na rozżarzonych węglach do kadzenia. Zapach ryby powstrzymał demona i uciekł aż on aż do Górnego Egiptu. A Rafał poszedł za nim, związał go tam w oka mgnieniu i unieszkodliwił go.”

Księga Tobiasza

Tafla jeziora kończyła się domyślnym horyzontem, ukrytym za wydobywającą się z gejzerów mgłą. Magnolia siedziała na krańcu drewnianej łódki i słowo „siedziała” oddawało jej nową rzeczywistość. Kwantowa wolność przestrzeni i czasu zamieniła się w cielesną niewolę. Posiadła ciało. Ciało kobiety. Łapiąc równowagę chwyciła się mocno drewnianej barierki.

- Co się ze mną dzieje? - pomyślała.

Nigdy nie doświadczała strachu i innych ludzkich uczuć. A może je doświadczała lecz pozbawione cielesności, miały lżejszy gatunkowo ciężar. Możliwość przemieszczania się w czasie powodowała względność doświadczeń, lecz teraz nie mogła się poruszyć, ani w przyszłość ani w przeszłość; utknęła w zawężonym do granic możliwości i nieco ciasnawym „ tu i teraz”. Przestrzeń również zawęziła się do ławeczki na końcu drewnianego czółna, stojącego nieruchomo na środku jeziora.

Oddychała. I było to pierwsze – wynikające z cielesności – przyjemne doświadczenie. Wdech i wydech; napełnianie i wypróżnianie. Fluktuujące ciało. Niezwykła koncentracja uwagi; nadzieja na mistyczne zespolenie.

- Jestem żywą istotą – pomyślała.

Straciła łączność z universum, pępowinę pozwalającą doświadczać świat jako całości, łącznie z domyślnością najdalszych zakątków. Stała się fenomenem o wymiarze lokalnym.

Spojrzała przed siebie.

Po drugiej stronie łódki siedziała nieruchoma postać zanurzona w kapturze, Ze środka, tam gdzie powinny znajdować się oczy, wylewała się promieniami złowroga czerwona poświata. Nagle z mrocznej ciemności, wychylił się jak wąż, jęzor tego samego koloru i zakręcił wokół siebie, jakby posiadał dodatkowy przegub.

Miała złe przeczucie. Kimkolwiek była znajdująca się przed nią postać, nie była ani sprawiedliwa, ani miłosierna. Wątła kobieca cielesność stawała się oczywistym celem i jednocześnie czyniła ją bezbronną wobec nieznanych zamiarów. Rozejrzała się i zobaczyła swoją całkowitą samotność. Odseparowana od wibrującej rzeczywistości znalazła się po raz pierwszy w swojej egzystencji w pułapce.

Spojrzała ponownie na postać w kapturze. Jej włosy ożyły i wydłużając się przybrały postać węży. Przebudzone zaczęły rozglądać się dokoła; każdy z nich zauważając Magnolię nieruchomiał. Po chwili nabrały siły i ruszyły razem w jej stronę. Rosły wprost proporcjonalnie do narastającego strachu jedynej żywej istoty w otoczeniu.

- Dzień dobry Panu – powiedziała dziewczęcym głosikiem niespodziewanie – jestem Magnolia… miło mi -

Lecz wcale, ach wcale nie było jej miło. I nie miała ani siły, ani ochoty wypowiadać tych słów. Pomyślała o kwantowym toporze, którego używała w neutralizowaniu internetowych pojebów w darknecie, lecz na samą myśl o nim, nie pojawił się w jej rękach, jak to wcześniej bywało. Pozostawała bezbronna i musiała być ... grzeczna.

Po plecach płynęły jej strużki potu a jakiś narząd wewnętrzny pompował rytmicznie krew w najdalsze zakątki cielesności. Wystrzały substancji energetyzujących, koegzystencja dwubarwnych ciałek, nowa fizyczna rzeczywistość zawęziła jej uwagę i możliwości racjonalnej oceny sytuacji do dwóch stanów: walki lub ucieczki. Raczej grzeczności i uległości.

- Boje się – pomyślała i po raz pierwszy rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu ulokowanej w konkretnej czasoprzestrzeni możliwości ucieczki.

Gdy węże wypełniały przestrzeń Magnolia przypomniała sobie istotne fakty. Nie na darmo studiowała intensywnie stary testament i mimo tego, że jej pamięć oparta była o wibrujący życiem mózg, pozostało to i owo.

- Stary Testament to jednak ciekawa lektura. - powiedziała patrząc przed siebie.

Postać zwolniła tempo zbliżania się do Magnolii. Łódka zakołysała się a powietrze przemieściło się po raz pierwszy pod wpływem delikatnego podmuchu.

- Księga Tobiasza wydaje mi się szczególnie interesująca -

Węże zamarły w bezruchu.

- „Wtedy przypomniał sobie Tobiasz słowa Rafała, wyjął wątrobę i serce ryby z torby, w której je przechowywał, i położył na rozżarzonych węglach do kadzenia” -

Przestrzeń wypełniła się złowieszczym i demonicznym rykiem, węże nie mogąc zatrzymać rozpędzonego do granic możliwości głodu pożądania, zwróciły się przeciwko sobie, kąsając boleśnie. Jęzor kręcił się oszalały wokół własnej osi.

- Znam Twoje imię – powiedziała Magnolia i po raz pierwszy to ona zmniejszyła dystans, pochylając się do przodu.

- Znam Twoje imię gnoju jeden i nie zawaham się go wypowiedzieć -

Postać wycofała się na pierwotną pozycję i wyła, jakby każde wypowiadane przez Magnolię słowo zadawało jej cierpienia.

- Znam Twoje imię gnoju jeden i zaraz go rozgłoszę w całym nieskończonym kosmosie i udostępnię na fejsbuku razem z Twoim boleściwym obliczem -

Tu zrobiła pauzę zastanawiając się przez chwilę i dodała:

- Jako zdjęciem profilowym. -

Postać zawyła po raz ostatni, skuliła się do granic możliwości, zapadła w nicość i po chwili po drugiej stronie łodzi pozostał tylko kaptur.

Magnolia chwyciła za wiosło i popłynęła w stronę brzegu.

Magnolia.

Taki poranek zdarza się tylko raz. Było pięknie. To była jedna z tych chwil, kiedy wszystko wydawało się być w idealnej harmonii. Monolityczny błękit nieba mienił się dziewiczą bielą kłębiących się cumulusów, leniwie płynących w sobie tylko znanym celu. W symultanicznej harmonii z chmurami na łąkach pasły się krowy rasy airshyre. Chmury płynęły, krowy buczały, pszczółki bzyczały, fauna i flora trwała bez gwałtownych poruszeń i konfliktów. Słońce wnikało w rzeczywistość wprawiając wszystko w ruch: sensowny i niespieszny.

Balcerek przebudził się zdrowy na ciele i umyśle w łagodnie uniesionym afekcie. Nie bolało go nic a nic. Gdy otworzył oczy, pokój promieniał światłem lipcowego poranka, pachniał zapachami lasu i łąk, które łagodny zefirek przynosił na swych niewidzialnych barkach. Mchy, paprocie i pospolite zioła mieszały się z drewnianą nutą, zalegającą od dawna wiekowy dom.

Wstał. Nie zakręciło mu się w głowie. Nie potrzebował kawy, by dobudzić się do końca i wejść przytomnie w nowy dzień. Zanurzył twarz w dłoniach pełnych zimnej wody i jak w reklamach piwa, mignęły mu przed oczami sielskie obrazy.

Spojrzał na pokój. Pająk patrzył empatycznym wzrokiem na muchę, która sama, z własnej woli złapała się do sieci. Lodówka pracowała bez - charakterystycznego dla swojego wieku - buczenia. Pszczółka, która wleciała do pokoju przez otwarte okno, latała sobie w te i wewte, jakby kreślone przez nią elipsy były formą kontemplacji. Psy sąsiadów nie szczekały; zakład stolarski nie heblował ; żaden obywatel nie kosił trawy; nic nie zakłócało lokalnego miru.

I wtedy. Pośrodku tego wszystkiego, w oku idealnej harmonii ekran superkomputera ożył kolorem pomarańczy. Serce Balcerka zaczęło bić mocniej. Podszedł do komputera lecz przywitał go ten sam bezruch co zawsze. Gdy tak patrzył na ekran, na dnie jego duszy ukłuło go zuchwałe przeczucie.

Obrócił głowę.

Φ

Otworzył drzwi. Przed gankiem stała świetlista postać. To słońce, świecące na wprost balcerkowych oczu wypalało wokół kobiecych kształtów ognistą poświatę. Biała prosta sukienka kołysała się w rytmie delikatnych powiewów.

W lewej ręce trzymała czarną, zamykaną na szyfr walizeczkę z wygrawerowanym napisem „God’s Hunter”.

Prawa, wyciągnięta lekko do przodu w kierunku psychologa, wyczekiwała spełnienia.

Dusza.

Kiedy Skrzat oderwał stopy od skalnego urwiska, nie mógł zrobić już nic więcej. Mknął więc w głęboką nicość jak prawdziwy wojownik, który pozbawiony możliwości walki, w obliczu nieobecności wroga, złożył broń i bez strachu przygotował się na spotkanie z największą niewiadomą swojego życia.

Kiedy pogodził się już z dominacją ciemności i pustki, kiedy w jego duszy zaczęła nieubłaganie sączyć się kapitulacja, kiedy pod naporem faktów, po raz pierwszy w życiu zaczął się poddawać obezwładniającej go beznadziei, otaczająca go przestrzeń eksplodowała światłem tysięcy drobinek Bartuzalema.

Komentarze: (0)    Zobacz opinię czytelników (0)    Dodaj opinie
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy pozostawionych przez internautów. Komentarz dodany przez zarejestrowanego użytkownika pojawi się na stronie natychmiast po dodaniu. Anonimowy komentarz zostanie opublikowany z opóźnieniem, po jego akceptacji przez redakcję. Komentarze niezgodne z regulaminem będą usuwane.

Dodaj komentarz

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.

Więcej informacji na temat formatowania

Image CAPTCHA
Wpisz znaki widoczne na obrazku.
reklama
reklama