, piątek 20 września 2019
W pogoni za brunatnym jeleniem: Dalekie księstwo (felieton)
Chwil minionego szczęścia nie sposób przywrócić. Chwały dawnego księstwa nie można na nowo rozświecić. Zostały z niego jakieś okruchy, strzępy mitów, idiotyzmy legend, parę wedut, kilka stereotypów, siódma woda po kisielu.  fot: ARC SPOT



Dodaj do Facebook

W pogoni za brunatnym jeleniem: Dalekie księstwo (felieton)

FLORIANUS
Przeglądając mozolne prace historyczne cieszyńskich dziejopisów, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w Księstwie Cieszyńskim zazwyczaj nie działo się dobrze. W historii naszego księstwa trudno nieraz się połapać i często niełatwo zorientować się, kto tu rzeczywiście rządził. Skutki tych rządów zazwyczaj muszą wydać się smutne i godne ubolewania. Okresy, kiedy było inaczej, kiedy księstwo rozkwitało, a ludzie żyli tu spokojniej i dostatniej niż zwykle, zdarzały się raczej wyjątkowo.

Powstałe w XIII wieku w wyniku feudalnego rozdrobnienia księstewko było hybrydowym, niestabilnym tworem administracyjno-politycznym, często krojonym i nicowanym i na nowo zszywanym podług rozmaitych roszczeń, interesów i pretensji lokalnych książąt, których nawet trudno nazwać władcami. Owszem, wywodzili się z Piastów, ale lennikami byli czeskimi i tylko jeden z nich - Przemysław I Noszak - miał klasę prawdziwego możnowładcy i światłego męża stanu, za co wysoko ceniono go nie tylko na hradczańskim dworze cesarza Karola IV, ale i na innych dworach ówczesnej Europy. Przemysław I Noszak panował przede wszystkim nad sobą i swoimi wydatkami, dzięki czemu umiał powiększać stan swojego posiadania, a przy tym cywilizować swoich podwładnych. Jego następcy rządzili raczej nieudolnie, roztrwonili jego dorobek, przeputali księstwo. Tryb życia cieszyńskich książąt podobno był wystawny i kosztowny, co skutkowało ich zadłużeniem. Ażeby z długów wybrnąć coraz większe połacie księstwa, najpierw oddawali pod zastaw, a później rozsprzedawali. W połowie burzliwego XVII wieku wraz ze śmiercią Czarnej Księżny Elżbiety Lukrecji linia cieszyńskich Piastów zanikła i zmarniałe Księstwo Cieszyńskie przejęli Habsburgowie.

W habsburskich czasach ziemia cieszyńska była domeną rodzinnej polityki domu Habsburgów - przedmiotem przetargów, legatów testamentowych, wian czy różnego rodzaju rekompensat. Dla habsburskiego dworu, dla wysokich i najwyższych sfer austriackiej - a także niemieckiej - arystokracji, Śląsk Cieszyński przejawiał się najczęściej na papierze, jako ziemistogrzybowa plama na mapach, jako odległa,osobiście nieznana i - jak to ocenił historyk Józef Chlebowczyk - dosyć egzotyczna prowincja, zarządzana przy pomocy specjalnego aparatu dygnitarzy i urzędników, rekrutowanych głównie spośród przybyszów z krajów austriackich, czeskich oraz południowo- i środkowoniemieckich. - Cesarz Karol VI wyłączył dobra cieszyńskie z Komory we Wrocławiu i przekazał je wraz z całym księstwem w 1722 roku Leopoldowi, księciu Lotaryngii, za odstąpienie przez niego w czasie hiszpańskiej wojny sukcesyjnej w 1703 roku księciu sawojskiemu księstwa włoskiego Montferrat. W intencji dworu wiedeńskiego - pisze Chlebowczyk w eseju „Przez stulecia” - cała ta transakcja miała charakter prowizoryczny; cesarz zastrzegł sobie zwrot księstwa w zamian za inny odpowiedni ekwiwalent. Względy bowiem polityczne przemawiały przeciw usadowieniu się na Śląsku już trzeciego (obok brandenburskiego i wirtemberskiego) domu książęcego, który zyskiwał w ten sposób miejsce i głos we wrocławskiej reprezentacji stanowej, czyli w sejmie książęcym. Powtórna zamiana okazała się jednakże niepotrzebna, gdyż domeny cieszyńskie stały się wkrótce lennymi dobrami familii habsbursko-lotaryńskiej. Po śmierci mianowicie księcia Leopolda odziedziczył księstwo cieszyńskie w 1731 r. jego syn Franciszek Stefan, późniejszy małżonek Marii Teresy i cesarz niemiecki. Z kolei przeszło ono w ręce Józefa II, ten jednak odstąpił je swej matce Marii Teresie, która nadała je w 1766 r. jako wiano córce Marii Krystynie, małżonce księcia Alberta Saskiego, syna polskiego króla Augusta III. Po zgonie Marii Krystyny w 1798 r. książę Albert wychodzi w wyłączne posiadanie księstwa cieszyńskiego - tak to sucho i bez dużych liter w nazwie naszego księstwa opisuje jego perypetie własnościowe historyk Chlebowczyk, a jego zdania brzmią niemal jak instrukcja strategicznej gry planszowej lub komputerowej.

W tym jednak momencie powinna zabrzmieć fanfara, która wbrew tej całej zdehumanizowanej grze polityczno-historycznej, ogłasza coś szczególnie ludzkiego i miłego - szczęśliwe zaślubiny arcyksiężnej Marii Krystyny, czyli Mimi, ulubionej córki cesarzowej Marii Teresy, z księciem saskim Albertem Kazimierzem, królewiczem polskim. Szczęśliwie zakochana w sobie para otrzymuje od matki panny młodej niejeden wspaniały prezent, a we wianie jako lenno Księstwo Cieszyńskie, które - jeszcze o tym nie wiedząc - podźwignięte z upadku i uszczęśliwione zostaje. Ten szczęśliwy, przełomowy moment nastąpił 250 lat temu, wiosną 1766 roku. Choć zajęty głównie sprawami dworskimi i wojskowymi misjami, czy to jako namiestnik cesarski na Węgrzech, czy jako gubernator austriackich Niderlandów, wspierając swoją żonę w jej artystycznych zainteresowaniach książę jął zbierać ryciny i rysunki wielkich mistrzów. I tak z czasem stworzył wielką, z ponad 30 000 dzieł sztuki złożoną kolekcję, zwaną od jego imienia Albertina, która teraz jest jednym ze skarbów Wiednia. Jako oświeceniowy postępowiec książę Albert zainteresowany był także techniką, gospodarką i przemysłem. Zauważył też swoje dobra cieszyńskie i zaczął dbać o Komorę Cieszyńską. Założył hutę żelaza w Ustroniu, manufakturę tekstylną w Cieszynie, hutę koło Frydku. Za jego panowania poprawiono drogi, usprawniono pocztę, wydłużono połączenia dyliżansowe do Wiednia, Opawy i Lwowa. W Cieszynie uruchomiono - co prawda tylko na parę lat - międzynarodowe targi, które uczyniły z miasta nad Olzą ważny ośrodek handlowy w północnej monarchii. W 1779 roku podpisano tu pokój kończący tzw. sukcesję bawarską pomiędzy Austrią a Prusami, a w 1805 roku, kiedy Napoleon wkroczył do Wiednia, uciekający przed nim cesarski dwór na kilka tygodni przeniósł się właśnie do Cieszyna.

Książę Albert Sasko-Cieszyński był nie tylko dobrym gospodarzem i promotorem modernizacji. Wspierał także cieszyńskich mieszczan po wielkim pożarze miasta w 1789 roku. Zamierzał przebudować i unowocześnić cieszyński zamek. Niestety, nagle i niespodziewanie na św. Jana 1798, roku umarła jego żona, ukochana Mimi, co pogrążyło księcia w nieprzemijającej żałobie i skłoniło go do usunięcia się z publicznego życia. W wiedeńskim kościele augustianów, gdzie pochowano serce arcyksiężnej, umieścił na pamiątkę niesamowity nagrobek z białego, carraryjskiego marmuru, dzieło słynnego włoskiego rzeźbiarza Antoniego Canovy. Owdowiały i samotny, przestał zajmować się sprawami dworskimi, wojskowymi, politycznymi i gospodarczymi. Zamieszkał w Wiedniu, w pobliżu grobu swojej ukochanej, znajdując pocieszenie jedynie w sztuce i zbiorze swoich rycin, w tym, co było jej bliskie. Umarł w 1822 roku w wieku 83 lat.

Chwil minionego szczęścia nie sposób przywrócić. Chwały dawnego księstwa nie można na nowo rozświecić. Zostały z niego jakieś okruchy, strzępy mitów, idiotyzmy legend, parę wedut, kilka stereotypów, siódma woda po kisielu. W żałobie i nostalgii nie można trwać wiecznie. Amore et non dolore - brzmiała dewiza stolicy tego księstwa. Kochać i nie cierpieć. Do prawdy o przeszłości nie sposób dotrzeć, bo przeszłości nie ma. Jest natomiast żywa rzeczywistość, która pędzi stale przed siebie jak tsunami. Póki się żyje, są ludzkie uczucia i związane z nimi myśli. Ale czy miłość bez cierpienia jest możliwa? Nasza teraźniejszość musuje jak piana na szczycie fali. Jest w tej pianie kropla indywidualnej ludzkiej świadomości, która się kręci w nieświadomości i niepamięci, ale musi, docześnie i prowizorycznie, rozeznać swoją pozycję i sytuację. Bez tego nie może dokonać dobrego, życiowego wyboru, dobrego uczynku. Jeżeli będziecie kiedyś w Wiedniu, wstąpcie do kościoła augustianów i pomilczcie chociaż przez minutę przy nagrobku Marii Krystyny, księżniczki cieszyńskiej, ukochanej małżonki Alberta Kazimierza, księcia sasko-cieszyńskiego.

Komentarze: (8)    Zobacz opinię czytelników (0)    Dodaj opinie
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy pozostawionych przez internautów. Komentarz dodany przez zarejestrowanego użytkownika pojawi się na stronie natychmiast po dodaniu. Anonimowy komentarz zostanie opublikowany z opóźnieniem, po jego akceptacji przez redakcję. Komentarze niezgodne z regulaminem będą usuwane.

Florianusie lubię czytać twoje felietony ale ten mnie po prostu powalił..... może pisac że jest tu prowincja to może wskazać drogę któredy iś. Napisz co zrobić, a jeszcze lepiej napisz skąd na to pieniądze wziąść. Pozdrawiam tropiącego układy

Śląsk Cieszyński nie doświadczył tragedii wojen, śmierci i traumy. Zawsze wierni, nie ważne komu. Niektórzy dumne śpiewają Hymn Polski, inni na pamięć i po cichu śpiewają Hymn Niemiec, a jeszcze inni wspominają najlepsze czasy austryjackiego panowania z uśmiechem mówiać: my tu zawsze mieli bliżej do Wiednia, niż do Warszawy. Dowodem na to co piszę są święta narodowe. Zobaczcie ile Polskich Flag wywieszonych jest przed domami! Zobaczcie jak to wygląda w innych regionach, tej właściwej Polski!

Autor kasuje niewygodne wpisy.

obecne miastu nad Olzą, bliżej do propagandy sukcesu i komercyjnej ogłady, niźli do autentycznych - kulturalno-artystycznych osiągnięć oraz obywatelskiej samodzielności i społecznego rozwoju - a tu na dodatek miniona historia Księstwa Cieszyńskiego, nie krzepi... ale - spokojnie - gdy przeminie koszmar upadlającego państwa PiS - będzie lepiej...

Niemal każdy dzień przynosi wstrząsające nas wszystkich informacje o tym, jak duszna pisowska atmosfera odbiera naszym prowincjonalnym inteligentom resztki tlenu wolności, jakiego mieli pod dostatkiem przed wprowadzeniem stanu wojennego przez PiS.

Drogi Autorze. Nagrobek /symboliczny/ Marii Krystyny /piramida Canovy/ znajduje się w istocie u Augustianów we Wiedniu natomiast "fizycznie" ukochana żona Alberta Kazimierza pochowana jest w krypcie Habsburgów w kościele Kapucynów we Wiedniu i to właśnie tam należało by pomilczeć przez minutę. cbdu.

Tak, Śląsk Cieszyński to prowincja! Dzisiaj widać to nadzwyczaj dobrze! Nieudolni samorządowcy, brak nowoczesnego myślenia, "dejcie pokój, jakoś to bydzie", "ja, ja, dejcie pokój", poczkej, A czymu Jo? Ni, ni..., pomału! My tu momy swoje, My som stela...
I tak się kręcą w kółko wszyscy! Te same twarze, niby się nienawidzą, ale żyć bez siebie nie mogą! Układ goni układ...
Od Cieszyna po Skoczów. Od Koniakowa do Strumienia. A dramat trwa i końca nie ma!

Florianus namawia do wejścia do kościoła. Przecieram oczy i nie wierzę.

Dodaj komentarz

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.

Więcej informacji na temat formatowania

Image CAPTCHA
Wpisz znaki widoczne na obrazku.
reklama
reklama