, piątek 10 lipca 2020
Miejsce gdzie zaczyna się historia
Często powtarza się, że dom to miejsce, gdzie zaczyna się historia. fot: arch. prywatne



Dodaj do Facebook

Miejsce gdzie zaczyna się historia

UM
Każdy prawie że teren, region ma w sobie coś specyficznego, coś takiego, co odróżnia go od innych, przyciąga uwagę, wzrusza, każe się zastanawiać i powracać, gdziekolwiek by się stąd odeszło. Karol Daniel Kadłubiec - Gawędziarz Cieszyński

Często powtarza się, że dom to miejsce, gdzie zaczyna się historia. I nawet jeśli losy poniosą nas w najdalsze strony świata, pozostanie w nas pamięć, tęsknota, ale też język. I właśnie język na Śląsku Cieszyńskim jest niepowtarzalnym i najważniejszym elementem przynależności do miejsca. Jest czymś, co łączy Polaków po prawej i lewej stronie Olzy. W 1920 roku po podziale Śląska Cieszyńskiego jego zaolziańska część zaczęła rozwijać się w innych warunkach niż reszta terytorium. Tereny te pozostały pod znacznym oddziaływaniem języka czeskiego. Przemieszanie ludności, nowe procesy osadnicze, zmiany w strukturze narodościowej, wpływ środków masowej komunikacji spowodowały częściową ewolucję języka. Nasuwa się w końcu pytanie o wartość samej gwary cieszyńskiej, funkcjonującej po dziś dzień w życiu społeczeństwa cieszyńskiego. Miarodajną odpowiedź daje dialektolog Alfred Zaręba Jest to jedna z gwar śląskich, czyli z tego regionu, który przez wieki całe odcięty od głównego nurtu rozwojowego polszczyzny z tego właśnie powodu przechował wiele staropolskich zjawisk, które w języku literackim polskim i w wielu innych dialektach poza Śląskiem uległy przemianom. Gwara cieszyńska zachowała szereg dawnych właściwości języka polskiego. I mimo wpływów zewnętrznych, przyjęcie wyrazów z języka czeskiego, słowackiego czy niemieckiego, pozostała gwarą polską. I co więcej – potrafiła zachować w podstawowym trzonie słownictwa wiele wyrazów staropolskich, a także wiele starych polskich cech. Jest więc gwara cieszyńska cennym świadectwem historii polszczyzny i jej związków z innymi sąsiadującymi z nią narodami i językami. Przede wszystkim jest językiem żywym, co daje szansę na jego przetrwanie.

ULA MARKOWSKA: Jakie znaczenie dla mieszkających tam Polaków ma posługiwanie się tym językiem ?
JAN CZUDEK: – Dla każdego znaczy chyba cos innego. Dla mnie to jest dar naszych przodków, który nam tutaj zostawili. Jest to coś, co pozwalało nam zachować swoją przynależność, coś, co powodowało, że pozostaliśmy Polakami. Teraz można na tej spuściźnie budować gwarowy i góralski fenomen. Dzisiaj mieszkańcy tych terenów poprzez wymieszanie ludności raczej posługują się językiem czeskim, ale nadal w wielu domach pielęgnuje się gwarę. U mnie w domu gwarą mówili wszyscy. I tu należy podkreślić, że tutaj na tym terenie nigdy tak naprawdę nie było czystej polszczyzny i nigdy nie było języka czeskiego. Nawet przed podziałami tu zawsze było „po naszymu”. Dzieci nie muszą uczyć się tej gwary, to jest ich naturalny język w którym się wychowują. Niebezpieczeństwem jest dla języka posłanie dziecka do czeskiej szkoły. Tam dzieci mówią tylko po czesku więc już trudno im wracać do tej gwary. Młodzi rodzice też często decydują się na mówienie tylko po czesku w domach, to niewątpliwie szkodzi utrzymaniu się tu ojczystej mowy. Na szczęście są też i tacy rodzice, którzy nawet wyłączając uczucia i emocje posyłają dzieci do polskich szkół patrząc na to czysto ekonomicznie i przyszłościowo. Dzieci mają dzięki temu większe szanse również na studia w Polsce czy zdobycie pracy – mówi Jan Czudek, dyr. Huty Trzyniec.

Mieszkając tutaj dość długo, dopiero teraz odkrywam ten zaolziański fenomen. Przyznam szczerze, że tak naprawdę nic nie wiem o Polakach mieszkających po drugiej stronie granicy, a przecież wywodzi się stąd tak wielu ciekawych i zasłużonych rodaków. Czy są tutaj zauważalne podziały między Czechami i Polakami? Czy to wspólne życie nie rodzi potrzeby całkowitej asymilacji?
Na szczęście nie ma tutaj podziałów między Polakami i Czechami, choć jak wiadomo znajdzie się zawsze ktoś, kto szuka tych podziałów, a nawet sam je tworzy. Jednak tutaj ludzie raczej oceniają się po zachowaniu, wartościach moralnych, jakimi się kierujemy. Fenomenem na skalę światową jest z pewnością to, jak bardzo Polacy tu żyjący dbają o narodową przynależność. Mamy tutaj polskie szkoły, profesjonalną Scenę Polską w czeskim teatrze. Mamy też teatry amatorskie, sporo zespołów góralskich, gazety w języku polskim, ale też miejsca, w których Polacy mogą się spotykać. Mowa tu o PZKO (Polski Związek Kulturalno-Oświatowy). Ma on wprawdzie bardzo pokaźny majątek w formie domów właśnie, ale to nasi ojcowie je budowali. Sam pamiętam dobrze jak mój dziadek, tata, wujek, a nawet ja pomagaliśmy przy budowie takiego domu. Wszyscy robiliśmy to bezinteresownie. Budowaliśmy je po to, by móc się spotykać i mieć gdzie organizować zajęcia czy wydarzenia kulturalne. I w każdym z tych domów działają ludzie nie pobierając za to wynagrodzenia – podkreśla pan Jan.

Szukając informacji i książek historycznych o tych podziałach granic, o historii tego miejsca zauważyłam, że dostęp do takiej wiedzy jest niestety mocno okrojony. Nie ma zbyt wielu publikacji na ten temat.
- To prawda. Niewiele mówi się o tej historii. Osobiście mam dom w którym w roku 1915 Józef Piłsudzki spędził Święta Godowe. On tutaj w ramach formowania Legii Polskiej bywał na tym terenie. Zostało z tego okresu kilka pamiątek.

Osobiście mam trochę żal, tylko nie wiem do kogo powinnam go skierować, o to, że o dziejach Zaolzia mówi się tak niewiele. Nie uczy się dzieci o tej trudnej historii podziału i jego konsekwencjach. Nie uczy się też i nie mówi o zasłużonych Polakach mieszkających tuż za granicą. I chyba czasem przestaje się ich w ogóle traktować jak rodaków. Szlaban graniczny zlikwidowano, ale ciągle jakby mentalnie istnieje. Ciągle pokutuje stwierdzenie my i oni. Dlaczego tak jest?
Myślę, że to nie wina Polski. Jeśli o mnie ktoś nie wie, to jest to tylko moja wina. To chyba jest też konsekwencją trudnej historii. Jednak ciągle na naszych oczach rozgrywa się tu jakaś wewnętrzna walka między Kongresem Polaków a PZKO. Dopóki tutaj społeczeństwo polskie będzie walczyć o wpływy, absorbując wszelkie siły, które można by było wykorzystać na publikacje o tym, co się tutaj ciekawego dzieje, ta sytuacja się nie zmieni. To my mieszkańcy Zaolzia powinniśmy sami dbać o pielęgnowanie naszej historii. Musimy też i powinniśmy zadbać o to, by młode pokolenie stąd nie uciekało do dużych miast. Musimy zadbać o to, by zaszczepić w nich tę dumę z bycia Polakiem. Myślę też, że w końcu zaczną powstawać publikacje o nas i o tym, jak tutaj się żyje. Bardzo się cieszę, że nasza kultura pojawia się w Polsce. Scena Polska często występuje w różnych polskich miastach, ale i teatry amatorskie takie jak ten z Milikowa gościły u naszych rodaków w Cieszynie w Domu Narodowym. Teatr amatorski z Milikowa wystawia sztuki w naszej gwarze. Sam mam przyjemność pisać scenariusze do przedstawień. Całe życie zresztą kręciłem się wokół kultury. Jako student, w trudnych czasach pisałem i występowałem w kabaretach, jak to było w zwyczaju dość politycznych. Dano mi niestety do zrozumienia, że jeśli chcę studia skończyć, powinienem scenę kabaretową i moje pisanie porzucić. Wybrałem więc studia. I myślałem, że ta przygoda już nigdy się nie powtórzy, ale po wielu latach mam okazję wraz z żoną pisać scenariusze właśnie dla Milikowskiej grupy teatralnej – opowiada Jan Czudek.

Na spotkaniu „Zaolzie potrafi”, które odbyło się wiosną w Czeskim Cieszynie miałam okazję zobaczyć fragment sztuki prezentowanej przez Teatr z Milikowa. Sztuka grana w gwarze przez bardzo utalentowanych aktorów. Będzie w najbliższym czasie premiera nowej sztuki?
-Teatr Divadlo jest teatrem profesjonalnym. Co należy tutaj podkreślić. Natomiast Milikowski Teatr jest grupą amatorską. Nie wystawia więc spektakli dość często. Mamy jednak nadzieje że jesienią zobaczymy kolejny spektakl. Równie dobry Teatr amatorski jest w Wędryni. Sztuki tam również sa grane po polsku i zachęcam wszystkich do poznawania tych teatrów. Moje pisanie sztuk dla Teatru Milikowskiego było po prostu przypadkiem. Żona szukając pomysłu na prezent urodzinowy dla mnie, a wiedząc dobrze, że lubię kabaret i komedię zaprosiła na uroczystość właśnie aktorów z Milikowa, którzy odegrali wspaniałe przedstawienie. W rozmowie z aktorami dowiedziałem się, że kończą swoją teatralną przygodę ze względu na brak scenariuszy pisanych „po naszymu”. Dla mnie był to dobry czas na powrót do pisania. I tak się zaczęło. Teraz piszemy z żoną kolejny scenariusz do sztuki i mam nadzieje, że już jesienią będzie można zobaczyć przedstawienie. Grupa ta wystawia ok. 20 przedstawień rocznie. Zazwyczaj odbywają się one w weekendy. Aktorzy pracują na co dzień w różnych miejscach, mają również swoje gospodarstwa więc i czas mają dość ograniczony. Osobiście bardzo ich podziwiam za ich zaangażowanie i chęć brania udziału w tych przedsięwzięciach – mówi pan Jan.

O tych wszystkich dokonaniach historycznych i teraźniejszych powinniśmy mówić głośno. Nie wolno nam ciągle stać po dwóch stronach granicy, która niewidzialna, ale wciąż bardzo realna dzieli most na Olzie. Ale dla nas wszystkich Polaków mieszkających po obu stronach rzeki to nasza wspólna historia, nasze wspólne tradycje i powinniśmy o nie dbać.

Komentarze: (1)    Zobacz opinię czytelników (0)    Dodaj opinie
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy pozostawionych przez internautów. Komentarz dodany przez zarejestrowanego użytkownika pojawi się na stronie natychmiast po dodaniu. Anonimowy komentarz zostanie opublikowany z opóźnieniem, po jego akceptacji przez redakcję. Komentarze niezgodne z regulaminem będą usuwane.

Prosimy o więcej tak ciekawych wywiadów....

Dodaj komentarz

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.

Więcej informacji na temat formatowania

Image CAPTCHA
Wpisz znaki widoczne na obrazku.
reklama
reklama