, piątek 29 maja 2020
Bogusław Słupczyński i Stowarzyszenie "Sałasz" z nominacją do Nagrody im. J. Giedroycia.
Rok 2006 - Zawadka Morochowska - uroczystość 60-tej rocznicy pacyfikacji wsi. fot: ARC B. Słupczyński



Dodaj do Facebook

Bogusław Słupczyński i Stowarzyszenie "Sałasz" z nominacją do Nagrody im. J. Giedroycia.

AGNIESZKA KACZMARCZYK
Aktor i reżyser Bogusław Słupczyński, wraz ze Stowarzyszeniem na rzecz Odnowy i Współistnienia Kultur "Sałasz" otrzymał nominację "Rzeczpospolitej" do Nagrody im. J. Giedroycia.

Na temat nominacji rozmawiamy z Bogusławem Słupczyńskim, aktorem, reżyserem, pedagogiem, który wraz z żoną utworzył Cieszyńskie Studio Teatralne oraz Stowarzyszenie na rzecz Odnowy i Współistnienia Kultur "Sałasz", którego członkami są aktorzy CST.

Osiem osób i środowisk z całej Polski, a wśród nich Pan. Jakie to uczucie być nominowanym do tak prestiżowej nagrody?
- Nominacja dotyczy mnie, ale również moich kolegów ze Stowarzyszenia. Mam szczęście współpracować ze znakomitymi ludźmi. Czujemy się w niezwykły sposób wyróżnieni i cieszymy się, że ktoś zauważył to, co robimy. Wyróżnienie jest niebywałe i motywujące. Jest bardzo potrzebne, bo czasami po prostu wszystkiego się odechciewa, a praca wydaje się chwilami zupełnie irracjonalna.

Nagroda przyznawana jest za bezinteresowną troskę o sprawy publiczne, umacnianie pozycji Polski we Wspólnocie Europejskiej oraz kultywowanie dobrych stosunków z narodami Europy Środkowo-Wschodniej. W jaki sposób działalność Stowarzyszenia wpisuje się w te idee wyznawane przez Jerzego Giedroycia?
- Myślę, że nominacja wiąże się przede wszystkim z naszymi działaniami na wschodnim pograniczu, które są bardzo intensywne i trwają już od ponad 10-ciu lat. Do tej pory udało się nam zrealizować kilka znaczących projektów związanych terytorialnie z pograniczem Beskidu Niskiego i Bieszczad (wsie Pogranicza Kultur- Poraż, Niebieszczany, Mokre, Morochów). Istotne w działaniach "Sałaszu" było przekonanie o możliwości ukształtowania nowej i wspólnej świadomości współistnienia na bazie tamtejszej zbiorowej pamięci. Oczywiście, przy założeniu, że skupiamy się na tych pozytywnych aspektach. Nie komentujemy i nie dyskutujemy o… ”pamięci zła”. To zostawiamy historykom. Wtedy powstaje szansa odbudowy relacji w oparciu o najlepsze wzorce.

- Udało nam się wypracować pewną metodę nawiązywania relacji w sytuacjach bardzo antagonistycznych. Myślę tutaj przede wszystkim o pamięci polsko-ukraińskiej. Nasz przyjaciel, ukraiński pisarz Taras Prochaśko, nazwał to "leczeniem pamięci". Wspomniana pamięć na Pograniczu jest cały czas, po obu stronach, obciążona i poraniona. Często związane jest to z bardzo osobistymi i tragicznymi wspomnieniami. "Leczymy pamięć" przede wszystkim poprzez sztukę, nie pokazując problemów, a przedstawiając to, co zostało w tej pamięci dobre, pozytywne, piękne. Skupiamy się w dużej mierze na pracy z dziećmi i młodzieżą. Zapoznajemy najmłodszych z innością kulturową sąsiadów. Dzięki temu wyzbywają się uprzedzeń mentalnych i historycznych, stereotypów. Są też pośrednikami w nawiązaniu relacji ze starszymi pokoleniami.

W jaki sposób staracie się przełamywać te bariery?
- Naszą ideą jest spotkanie. Aranżujemy takie sytuacje, które to umożliwiają. W tamtym regionie zdarza się, że ludzie z jednej wsi nie byli w drugiej. Nie mieli takiej potrzeby i nie chcą z różnych innych względów. Granice stają się często nieprzekraczalne i rośnie milczące, negatywne nastawienie. Poprzez zorganizowane spotkania, koncerty, spektakle, zabawy czy wystawy, staramy się to zmieniać. Wszystko, co negatywne bierze się bowiem z ogromnej niewiedzy. Chodzi o to, żeby ta powszechna świadomość, na tyle, na ile jest to możliwe, była bogatsza o wiedzę o sąsiedzie. Dlaczego wierzy w to, a nie coś innego, dlaczego ktoś śpiewa takie, czy inne pieśni i dlaczego chodzi do np cerkwi, a nie do kościoła?

Wasze działania nie są nagłaśniane. Mało kto wie, że dokonujecie takich rzeczy. Dlaczego?
- Chcielibyśmy zachować "przyziemny" charakter naszych działań. Zupełnie nie zależy nam na robieniu hucznych imprez z prasą, telewizją. Oczywiście, za tym poszłyby pewne profity, ale w wymiarze społecznym efekty byłyby marne. Kiedy spotyka się i działa zaangażowane środowisko różnych osób, mających podobne marzenia i plany, to wtedy jest to nieprawdopodobnie silne. Z małych gestów, z trudnych, często niewidocznych, ale ważnych działań dokonują się wielkie rzeczy, które może nie są widoczne od razu, ale dopiero po upływie pewnego czasu. Dlatego tym bardziej cieszymy się z nominacji, bo wiemy, że za tym nie stoi jakaś statystyka, którą często przykłada się do kultury, tylko wrażliwość anonimowych osób i autorytetów. Mam nadzieję, że nasz przykład posłuży, w szerszym kontekście, mądremu budowaniu relacji polsko-ukraińskich.

Czym różni się działanie i na wschodnim pograniczu, od tego w Cieszynie?
- Tam życie jest inne, z innymi tradycjami i inną duchowością. Ludzie, z którymi się spotykamy, mają za sobą wiele ciężkich doświadczeń wojennych, powojennych, które ciążą na nich do tej pory, z pokolenia na pokolenie. Czujemy i rozumiemy tamtą stronę kulturową Polski i z tego też powodu nas tam ciągnie. Praca wymaga ogromnego zaangażowania, autentyczności, pokory i dużej intuicji, bo bardzo łatwo jest przesadzić i dotknąć czegoś lub kogoś, boleśnie. Początkowo spotkaliśmy się z absolutną nieufnością. Musieliśmy udowodnić swoją wiarygodność. Zaletą jednak było to, że jesteśmy "z zewnątrz" i mamy dystans do pewnych zjawisk, które tam występują. Teraz, po tylu latach jesteśmy tam traktowani jak członkowie rodziny.

- Cieszyn natomiast jest bardzo skupiony na sobie, a oferta kulturalna jest dużo większa, co nie znaczy, że wszystko jest dobre. Nasza rola jest tutaj zupełnie inna. W Cieszynie jesteśmy raczej lustrem rzeczywistości. Z wyboru, kiedy robimy spektakle o losach Adolfa "Bolko" Kantora lub włączając się w akcję ratowania nieistniejącego dworku przy ulicy Bielskiej, czy w przywracanie pamięci o śląskich legionistach. Z przypadku natomiast wtedy, gdy latami zwracamy uwagę na to, że na naszym przykładzie widać, jaki jest stosunek do kultury, jak dziwne są priorytety i właściwie, jak wielkie jest niezrozumienie toczących się zjawisk. Wiele osób wyjeżdża, ale też "opuszcza Cieszyn mentalnie". Zapomina się o tym, że czas biegnie, a lokalne przyzwyczajenia, tradycyjne myślenie, zwyczajnie za nim nie nadążają, stają się archaiczne. Musimy się zmieniać, nie tracąc tego, co jest naprawdę dobre. To jest kwestia świadomości całego lokalnego społeczeństwa.

Prestiżowa nominacja, a w Cieszynie cisza. Nie uważa pan, że jesteście mało doceniani we własnym mieście?
- Nie oczekujemy tego. Trudno liczyć na to, że w tym konkretnym miejscu nagle większość uzna, że pewna myśl kulturowa, społeczna, którą my reprezentujemy, jest ważna. Istniejąc w takiej formie i w takim stylu, cały czas tworząc, zmieniamy tutejszą rzeczywistość przez inicjowanie i włączanie się w różne wydarzenia, a przede wszystkim przez nasze spektakle. Wiemy o tym i czujemy to. Znamy wartość swojego głosu w Cieszynie. Kiedy patrzę na takie "teatralne" miasta jak Legnica, Wałbrzych czy Sejny, wiem, że stworzenie podobnego ośrodka jest możliwe także w Cieszynie. Wciąż się rozwijamy, natomiast perspektywy w dalszym ciągu są kiepskie. Nie oczekujemy tutaj już oficjalnego uznania i wsparcia, bo to nie ma żadnego sensu. Jeżeli ktoś z nami będzie chciał rozmawiać, to nas na pewno znajdzie.

Komentarze: (6)    Zobacz opinię czytelników (0)    Dodaj opinie
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy pozostawionych przez internautów. Komentarz dodany przez zarejestrowanego użytkownika pojawi się na stronie natychmiast po dodaniu. Anonimowy komentarz zostanie opublikowany z opóźnieniem, po jego akceptacji przez redakcję. Komentarze niezgodne z regulaminem będą usuwane.

Osiem osób i środowisk jest wśród kandydatów do tegorocznej Nagrody „Rzeczpospolitej" im. Jerzego Giedroycia.

To dobre rozpoczęcie kampanii na dyrektora Domu Narodowego :)

Raczej Domu Multikulti (Wielokulturowego), a nie Domu Narodowego.

Może roztropniej było by wstrzymać się do ostatecznego rozstrzygnięcia?

Co znaczy roztropniej? Nominacja świadczy o zauważeniu. Ktoś, gdzieś dostrzega, że w Cieszynie jest jakieś działanie, funkcjonuje jakaś osoba, inne osoby, a jak tak to znaczy, że istnieje miejsce ciekawe. Jeśli przy tym z tego ciekawego miejsca emanuje coś więcej niż, jakkolwiek rozumiana, lokalność, to z czym się tu wstrzymywać. Jest nagród, plebiscytów, konkursów cała masa. W tej masie trudno ocenić co znaczniejsze. Bywa też i tak, że honorem jest nie dostać nagrody czy wyróżnienia. Myślę, że lepsza taka nominacja, niż np. nagrody dedykowane. Sobie Firma nagradza inną Firmę za zlecenia płynące od innej Firmy do Firmy nagradzającej. Bywa tak? Tak. Skoro to ustaliliśmy to absolutnie nie powinniśmy się bać nominacji. Cieszyn faktycznie jest skupiony na sobie. To wielka dla społeczności strata. Cieszmy się zatem z zauważenia, że Księstwo widać nie tylko z zamkowego tarasu. Cieszmy się Cieszynem, skoro skorzystaliśmy z kasy innych na to cieszenie. Cieszmy się choćby w ten sposób, żeby mniej będzie zaciśniętych zębów i spojrzeń spode łba

Cieszmy się wszak jesteśmy z Cieszyna - można i tak.

Dodaj komentarz

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.

Więcej informacji na temat formatowania

Image CAPTCHA
Wpisz znaki widoczne na obrazku.
reklama
reklama